„Niewidzialny mur”

Czyli moje świadectwo o tym, jak po prawie trzynastu latach bycia katolickim konserwatystą spotkałem żywego Boga, złożyłem ofiarę z człowieka i zrozumiałem zakryty przed światem sens chrześcijaństwa, po czym zgorszyłem wyspiarzy Pacyfiku i zadurzyłem się w cudzej żonie, dzięki czemu moje małżeństwo stało się opisywanym w Liście do Efezjan ideałem, a spowiednik nie chciał mi dać rozgrzeszenia…

{opublikowane oryginalnie na facebooku w lutym 2017 roku, gdzie po jakimś czasie zaczęło mieć „problemy z widocznością”, które skłoniły mnie do założenia tej strony}

Spis treści:

Część I: zarys problemu
– wyjaśnienie o czym w zasadzie rozmawiamy
Część II: moja dawna religijność
– czyli mój teocentryczny turbokatolicyzm szturmowy
Część III: dotarcie do muru
– o tym jak zacząłem dostrzegać, że coś jest nie tak
Część IV: spotkanie z Chrystusem
– o tym jak dostałem z niebiańskiego buta w twarz
Część V: nowy, nieznany świat
– pierwsze próby połapania się w nowej rzeczywistości
Część VI: bezpośrednie konsekwencje
– konkretne efekty działania Ducha Świętego
Część VII: wyburzanie fortec
– rzecz o tym jak Bóg uśmierca moje wady jedna po drugiej
Część VIII: kłopoty u ludzi
– rzecz o reakcjach moich znajomych na mój zwrot religijny
Część IX: augustianizm i tomizm
– rozważania o różnych wizjach drogi do Boga
Część X: teksty pomocnicze
– cytaty przydatne po lekturze niniejszego świadectwa

Grafika do SWIADECTWA3Obrazek stanowi swoiste streszczenie pierwszej jednej trzeciej tekstu.

CZĘŚĆ I: zarys problemu

„Późno Cię umiłowałem, Piękności tak dawna a nowa, późno Cię umiłowałem. W głębi duszy byłaś, a ja się błąkałem po bezdrożach i tam Ciebie szukałem, biegnąc bezładnie ku rzeczom pięknym, które stworzyłaś. Ze mną byłaś, a ja nie byłem z Tobą. One mnie więziły z dala od Ciebie – rzeczy, które by nie istniały, gdyby w Tobie nie były. Zawołałaś, rzuciłaś wezwanie, rozdarłaś głuchotę moją. Zabłysnęłaś, zajaśniałaś jak błyskawica, rozświetliłaś ślepotę moją. Rozlałaś woń, odetchnąłem nią – i oto dyszę pragnieniem Ciebie. Skosztowałem – i oto głodny jestem, i łaknę. Dotknęłaś mnie – i zapłonąłem tęsknotą za pokojem Twoim.” – Św. Augustyn z Hippony

„I stało się w roku 1141 od dnia narodzin Jezusa Chrystusa, że gdy miałam 42 lata, i siedem miesięcy, rozwarły się niebiosa i oślepiająca światłość niespotykanej jasności oblała cały mój umysł. I roznieciła ogień w moim sercu i piersi, jak płomień, nie paląc a ogrzewając ciepłem… i raptem pojęłam znaczenie ksiąg, to jest psałterza i innych ksiąg Starego i Nowego Testamentu.” – Św. Hildegarda z Bingen

„Reginaldzie, nie mogę! Nie mogę [kontynuować pracy nad III tomem “Sumy teologii” – przyp. JC], ponieważ wszystko co napisałem, w porównaniu do tego co zostało mi objawione, wydaje się słomą.” – Św. Tomasz z Akwinu na 3 miesiące przed śmiercią

Który katolik nie chciałby przeżyć takich rzeczy, jakie przeżyły zacytowane osoby? Podejrzewam, że każdy by chciał, jednak poprzestajemy z jakiegoś powodu na uznaniu, że tego typu doświadczenia są udziałem jedynie małej garstki wielkich świętych, a nie nas, zwyczajnych wiernych zajętych walką z grzechem i przyziemnymi problemami. Czy tak myśląc mamy rację? Czyż śpiewając „Veni Sancte Spiritus” nie modlimy się właśnie o to?

„Przybądź, Duchu Święty,
Spuść z niebiosów wzięty
Światła Twego strumień.
(…)
Światłości najświętsza!
Serc wierzących wnętrza
Poddaj swej potędze!”

I czyż Apostoł Narodów nie życzył zwyczajnym chrześcijanom z Efezu podobnego daru Bożego?

„Niech Chrystus zamieszka przez wiarę w waszych sercach; abyście w miłości wkorzenieni i ugruntowani, wraz ze wszystkimi świętymi zdołali ogarnąć duchem, czym jest Szerokość, Długość, Wysokość i Głębokość, i poznać miłość Chrystusa, przewyższającą wszelką wiedzę, abyście zostali napełnieni całą Pełnią Bożą. Temu zaś, który mocą działającą w nas może uczynić nieskończenie więcej, niż prosimy czy rozumiemy, Jemu chwała w Kościele i w Chrystusie Jezusie po wszystkie pokolenia wieku wieków! Amen.” – św. Paweł w Liście do Efezjan 3, 17-21

Myśląc, że spotkanie Chrystusa i rejestrowane zmysłami obcowanie z Duchem Świętym jest domeną jedynie wielkich świętych, mylimy się. Odkryłem to latem Roku Pańskiego 2014. A przy okazji odkryłem, że nie wiedziałem o co chodzi w mojej własnej religii.

CZĘŚĆ II: moja dawna religijność

Zakrawa na ironię fakt, iż od wielu lat byłem wtedy w pewnym skrawku Internetów jednym z czołowych przykładów chrześcijańskiego fundamentalizmu. W moim wydaniu było to coś pomiędzy katolickim tradycjonalizmem i biblijnym literalizmem. Moja wiara zawsze była silna, lubowałem się też w apologetyce, czyli w uzasadnianiu wiary racjonalnymi argumentami. Jak więc mogę twierdzić, że w ogóle tej wiary nie rozumiałem?

Od momentu, gdy wróciłem do praktykowania katolicyzmu (jesień 2001), do przemiany opisywanej w tym świadectwie (lato 2014), minęło niemal 13 lat. W zasadzie, był to czas poszukiwań woli Boga wobec mnie. Boga, którego byłem bardzo spragniony po wielu latach rozłąki z Kościołem spędzonej na rozrabianiu i „przegrywaniu” życia na komputerze. Początki tych poszukiwań były trudne, głównie z powodu braku klasycznie katolickiego wychowania i czucia się kimś obcym w parafii, ale także z powodu chłodnego potraktowania mnie przez młodzieżową wspólnotę „wzajemnej adoracji”, na spotkania której zacząłem – i szybko skończyłem – uczęszczać. Uznałem, że najlepiej zrobię formując się sam, skutkiem czego było hurra-optymistyczne przekonanie pt. „chrześcijaństwo jest proste, bo wszystkie zasady można znaleźć w Piśmie Świętym”. Dzięki Internetowi odkryłem jednak wkrótce, że istnieją setki bardzo różniących się od siebie interpretacji Słowa Bożego, tak wśród katolików, jak i protestantów. Próbowałem je ze sobą porównywać, by ocenić kto ma rację, ale zadanie to mnie przerosło. Każda ze stron, włącznie z najbardziej egzotycznymi odłamami protestantyzmu, miała świetne argumenty na poparcie swojego stanowiska. Było to frustrujące, gdyż w międzyczasie stałem się mężem i ojcem. Jak miałem być przywódcą duchowym rodziny, jeśli sam byłem zagubiony?

Ratunek przyszedł w postaci katolickich tradycjonalistów skupionych wokół polskich organizacji monarchistycznych oraz Bractwa św. Piusa X. Przedstawili mi oni prostą argumentację: dawny, surowy i zasadniczy Kościół katolicki zbudował wspaniałą cywilizację skupioną na Bogu, a protestancka reformacja, masońskie oświecenie, ateistyczny komunizm i rewolucja seksualna doprowadziły tę cywilizację w pięć wieków do zgnilizny moralnej, infekując przy okazji sam Kościół herezją modernizmu, przez co ów na Soborze Watykańskim II skapitulował przed bezbożną nowoczesnością i z jedynego strażnika Prawdy zmienił się w naiwnego marketingowca obniżającego wymagania moralne i jakość liturgii w celu przypodobania się rozpuszczonym społeczeństwom, w skutek czego kościoły Zachodu zaczęły świecić pustkami. Argumentacja owa była dla mnie wspaniałym odkryciem, bo skoro według Pana Jezusa mamy poznawać „po owocach”, to prężny i radykalny ruch tradycjonalistyczny reprezentujący dawne, pobożne czasy pozytywnie kontrastuje z zachodnim „głównym nurtem” kościelnym z jego rozmydlaniem moralności, kiepską frekwencją na Mszach i nikłą liczbą powołań kapłańskich.

Przystałem przeto do napotkanych w Internecie tradycjonalistów i zacząłem chłonąć ich nauki, tak z czasopism (np. „Zawsze Wierni”), jak również z kazań (głównie ks. Stehlina), artykułów oraz dyskusji na facebooku, jednak na poznańskie Msze święte Trydenckie chodziłem sporadycznie. W sumie byłem na nich jedynie kilkanaście razy – głównie dlatego, że w ich czasie służyłem co weekend za szofera wożącego babcię i dziadka na obiad do rodziców. Zresztą, na jakość liturgii oraz moralny radykalizm kapłanów w mojej własnej parafii nie mogłem narzekać – w końcu polski Kościół nie jest aż tak dotknięty kryzysem, jak zachodni, o czym upewnił mnie widok dziesiątek tysięcy posoborowych pielgrzymów 15 sierpnia 2010 roku w Licheniu. Z poprzednich czasów zachowałem także moralny purytanizm, kreacjonizm oraz zwyczaj odnoszenia się do Pisma Świętego, dzięki czemu zyskałem opinię osoby o nieco protestanckich manierach, a w quizie pt. „Do jakiej frakcji na Forum Frondy należysz?” uzyskałem rezultat „brawaryzm”. Niemniej, moje wyobrażenie na temat Bożej woli wobec nas, a także moje poglądy polityczne i gust liturgiczno-estetyczny stały się zgodne z katolickim tradycjonalizmem. Pamiętam, że szczególnie spodobały mi się tomistyczne objaśnienia różnic pomiędzy Starym, a Nowym Przymierzem. Już nie byłem zagubiony, wiedziałem na czym stoję.

Przez cały ten czas nie próżnowałem. Stałem się weteranem internetowych okopów, w których całe lata ścierałem się z lewicowcami, ateistami, „heretykami” i innowiercami, poszerzając przy tym moją wiedzę za pomocą wielu rozmów, artykułów i książek. Prowadziłem kilka blogów, napisałem garść artykułów, stworzyłem sporo grafik i plakatów o tematyce katolickiej i kontrrewolucyjnej. Na facebooku zebrałem wśród prawie 3 tysięcy znajomych śmietankę polskiego „katotalibanu”, szczególnie ze środowisk tradycjonalistyczno-monarchistycznych, administrowałem też różnymi fanpejdżami i grupami, stałem się jednym z głównych ideologów legendarnej w niektórych kręgach grupy „Karły Reakcji”, a także jednym z pierwszych szerzycieli katoprawicowego śmieszkizmu (zwanego w tamtym okresie „trollofaszyzmem”). Zorganizowałem głośny swego czasu w mediach bojkot produktów Agros-Nova, największego wtedy polskiego koncernu spożywczego, dzięki czemu udało się powstrzymać satanistyczną kampanię reklamową „Demon Energy Drink” z udziałem niejakiego „Nergala”. Poza internetem również byłem aktywny. W okresie biblijnych poszukiwań dołączyłem do Polskiego Towarzystwa Kreacjonistycznego, po nawiązaniu kontaktu z tradycjonalistami wstąpiłem do Milicji Niepokalanej Tradycyjnej Obserwancji, w 2012 roku wraz z Żoną zostaliśmy wciągnięci przez proboszcza do Domowego Kościoła, czyli oazowej wspólnoty dla małżeństw, a wiosną 2014 roku zostałem aktywistą Fundacji Pro – Prawo do Życia, w której zostałem lokalnym koordynatorem odpowiedzialnym za organizację pikiet i wystaw antyaborcyjnych w Poznaniu. W latach 2004-2012 urodziła nam się czwórka dzieci, a moja Żona, amerykańska protestantka, przeszła w 2010 roku na katolicyzm. Bóg obsypał mnie tak licznymi łaskami, iż obok mej wdzięczności, obudziły one obawę typu „cóż będziesz za to wszystko chciał, Panie?”

W świetle tych faktów co najmniej skandalicznym musi wydawać się stwierdzenie, iż nie miałem zielonego pojęcia o prawdziwym sensie katolicyzmu. Że potrzebowałem nawrócenia. Chociaż niekoniecznie ZAwrócenia, gdyż szedłem właściwą ścieżką. Bóg dawał mi o tym znać i pilnował, bym z niej nie zboczył. Czasami czynił to dość bezpośrednio, jak wtedy, gdy swego czasu powziąłem w gniewie decyzję popsucia na facebooku reputacji poważanej tu i ówdzie osoby, która opluła moje „pobożne dzieła”, ale… musiałem czekać, aż Żona zwolni komputer. Ze zniecierpliwienia otworzyłem Biblię na losowej stronie i ujrzałem tak druzgocącą krytykę zemsty i obmowy w rozdziale 28 Mądrości Syracha, że z miejsca zarzuciłem swój plan. Do dzisiaj się z tego „liścia z Niebios” cieszę.

Podejrzewam, że ta ochrona mogła mieć coś wspólnego z pewną moją decyzją. Jak przez mgłę przypominam sobie, że podczas moich wczesnych lat powrotu do praktykowania katolicyzmu przysiągłem Bogu na stopniach ołtarza, że wszystko, co będę robił, będę robił na Jego Chwałę. Oczywiście ja nie potrafiłem potraktować tej obietnicy poważnie, nawet jeśli bardzo chciałem, niemniej wyszło na to, że On potraktował ją poważnie.
Bóg pilnował mnie więc i chronił. Znakiem tej ochrony był sen, który miałem gdzieś pod koniec 2013 roku. Zwykle nie zapamiętuję swoich snów, lecz ten zapamiętałem cały. Jechałem jako pasażer w kabriolecie przeładowanym imprezującymi znajomymi, głównie tymi z liceum. Cieszyli się wariacką jazdą, ja jednak byłem już ojcem rodziny, który nie powinien głupio ryzykować, nie było mi więc do śmiechu i coraz bardziej pragnąłem wysiąść. Po paru zakrętach samochód rozbił się o jakiś betonowy występ, ja zaś wyleciałem z siedzenia i wylądowałem na obu nogach – cały i zdrowy – przed ogromnym, przydrożnym krucyfiksem. Obróciłem się wtedy i spojrzałem na moich znajomych… nie ruszali się, ich kończyny zwisały bezwładnie na zewnątrz auta, a z opuszków ich palców oraz z pogiętych blach karoserii kapała krew. Przyznam, że ów sen był sporą lekcją pokory, bym się nie uważał za lepszego od innych, bo przecież nie dzięki sobie stałem prosto wśród cudzego upadku. I lekcją wdzięczności, rzecz jasna. Zacząłem wierzyć, że Jan naprawdę oznacza „Bóg jest łaskawy”.

Na użytek dalszej treści tego świadectwa wspomnieć muszę również o dziwnym wrażeniu, które od dawna miewałem po przyjęciu Ciała Chrystusowego. Wrażenie to trwało przez kilka minut, czasami dłużej. Zwykle było wyjątkowo przyjemne… lecz jeśli z jakiegoś powodu gryzło mnie sumienie, miast przyjemnej fali energii odczuwałem falę tępego bólu. Podejrzewałem, że jest to naturalna reakcja emocjonalna organizmu na sygnał z mózgu, informujący resztę ciała, że oto właśnie spożyliśmy Ciało samego Boga. Pewności nie miałem, ale wiedziałem, że to normalne, skoro różne pieśni Eucharystyczne odnosiły się do podobnego zjawiska, np. w „Witaj pokarmie” słyszymy „witaj z niebiosów manno padająca, rozkoszny w sercu naszym smak czyniąca”. Tak czy siak – skutecznie zaganiało mnie to do konfesjonału i powodowało, że powoli wyczołgiwałem się ze swoich rozlicznych grzechów.

Myślałem przeto, że jestem wspaniałym chrześcijaninem, gdyż korzystam z Sakramentów, ofiarowałem Bogu znaczną część siebie i zgadzam się z poglądem, że to On powinien stanowić centrum ludzkiego życia. Problem w tym, że Bóg tak naprawdę nie był w centrum mojego życia; był najważniejszym do owego życia dodatkiem. Albowiem byłem racjonalnym chrześcijaninem kulturowym, bardziej zainteresowanym tym jak nasza religia każe nam żyć i jak wpływa na świat, niż nią samą; bardziej zainteresowanym polityczną koncepcją „Społecznego Panowania Chrystusa Króla”, niż realnym panowaniem Chrystusa w moim własnym sercu; bardziej chodzącym do kościoła z przekonania, że jest to coś słusznego, niż z radosnej chęci. Miarą mej ślepoty był fakt, że Nowy Testament uważałem po prostu za miłosierną i międzynarodową wersję Starego Testamentu. Tak, uważałem chrześcijaństwo za religię opartą na zasadach. „Rób to”, „nie rób tego” i „zbawienie otrzymasz pod takimi a takimi warunkami”. Swoje poglądy nazywałem mianem „teocentryzmu”, ale od lektury Ewangelii wolałem lekturę zgorzkniałych scholiów skrajnego reakcjonisty Nicolása Gómeza Dávili, natomiast pracę nad sobą rozumiałem nie jako pogłębianie osobistej więzi z Bogiem, aby to On mógł we mnie pracować, ale jako budowanie w sobie zamiłowania do dawnego katolicyzmu i pogardy dla nowoczesnego, laickiego świata. Niewiele pomogły mi w tej materii pierwsze rekolekcje oazowe Domowego Kościoła, na które pojechałem z rodziną latem A.D. 2013 (4-dniowy ORAR I stopnia), gdyż ich tematem przewodnim było właśnie zachęcanie nas – jako „dojrzałych chrześcijan” – do wpływania na społeczeństwo i kulturę tak, by uczynić ją mniej zepsutą, a bardziej Bożą. Zresztą jak miały mi pomóc rekolekcje, skoro w Domowym Kościele chciałem być swego rodzaju krzewicielem tradycjonalizmu i kontrrewolucjonizmu, nie zaś uczniem, który ma się czegoś nauczyć? Nie miałem zielonego pojęcia, że mój fundamentalizm był fortecą dla mojego egoizmu, kompleksów i obrażenia się na świat.

CZĘŚĆ III: dotarcie do muru

Używając pojęć ukutych na opisanie tej dychotomii przez prof. Bartyzela można powiedzieć, że byłem uwięziony w obozie chrześcijaństwa „katechonicznego” (kulturowego, koncentrującego się na obronie Kościoła i moralności społeczeństw) oraz pozbawiony dostępu do obozu chrześcijaństwa „eschatonicznego” (duchowego, koncentrującego się na Chrystusie i odrzuceniu światowości). Na Internecie byłem świadkiem gorszących kłótni zwolenników obydwu tych „opcji”, czasami brałem w nich udział – zwykle po stronie swoich, czyli „katechonistów”, chociaż bez zbytniej agresji wobec „eschatonistów”, albowiem dotykali oni w moim sercu jakowegoś dawno zaniedbanego obszaru, który teraz, także dzięki comiesięcznym spotkaniom modlitewno-formacyjnym „Domowego Kościoła”, zaczął zwracać moją uwagę. Wtedy jeszcze nie wiedziałem co się dzieje, ale teraz już wiem: w moje klerykalno-faszystowskie serce padły nasiona Dobrej Nowiny i zaczęły kiełkować. Byłem najzwyczajniej w świecie poddawany ewangelizacji. Ślady tego wczesnego kiełkowania zachowały się w trzech „dziełach”, że tak to ujmę, „sztuki”, jakie wtedy popełniłem.

  • Pierwszym jest czarna ramka ze zdjęciami dwanaściorga inspirujących mnie ludzi, którą powiesiłem w marcu 2013 roku, a na której pośród kontrrewolucyjnych myślicieli i bojowników znalazła się między innymi św. Matka Teresa z Kalkuty. Umieściłem ją tam wbrew sobie, bo nie była dla mnie inspiracją, ale jakoś tak głupio mi było powiesić ramkę bez choćby jednej osoby reprezentującej jakąś formę zorganizowanego miłosierdzia.
    (link do grafiki: https://www.facebook.com/photo.php?fbid=10151902168711009)
  • Drugim „dziełem” jest wrzucony na facebooka w maju 2013 roku mem pt. „człowiek”, na którym porównałem rolę człowieka w różnych religiach, chrześcijaństwo ukazując jako trwanie w objęciach Chrystusa. Był to już znaczący postęp.
    (link do grafiki: https://www.facebook.com/photo.php?fbid=10151456886611009)
  • Trzecim i najważniejszym symptomem owych zmian jest kolaż pt. „Katechon vs Eschaton” z czerwca 2014 roku, czyli zaraz sprzed nawrócenia. Podsumowuje on w zasadzie wszystko, do czego byłem w stanie dojść o własnych siłach. Umieściłem tam po obu stronach sporu nie tyle reprezentantów zwaśnionych obozów, co ich bohaterów, od czasów starożytnych, aż do dzisiejszych, ale w sposób przewrotny. Dobrani są oni tak, że się nawzajem uzupełniają, w dwóch przypadkach stanowiąc nawet tę samą osobę, tyle że w różnych rolach. Dlaczego właśnie tak? Albowiem ze sporów „katechonistów” z „eschatonistami” wyniosłem przekonanie, że stronnicy obu obozów nie powinni się ze sobą ścierać, gdyż potrzebują siebie nawzajem: „eschatoniczność” nadaje istnieniu Kościoła sens, zaś „katechoniczność” zapewnia mu ziemskie przetrwanie. Próbowałem tę wiadomość przekazać moim znajomym, ale nie do końca się udało.
    (link do grafiki: https://www.facebook.com/photo.php?fbid=10152171032086009)

Uznałem więc ogromną wartość „eschatoniczności”, ale wkrótce zdałem sobie sprawę, że wymyka się ona memu poznaniu. Właśnie przeczytaliście najważniejsze zdanie całego świadectwa: zrozumiałem, że nie rozumiem Ewangelii. Najważniejsze prawdy naszej wiary były dla mnie niby oczywiste, jednak wiele z nich wydawało mi się pięknymi, ale nierealnymi sloganami, które nijak mają się do mojej chłodnej, racjonalnej duchowości. Nie potrafiłem się w nie wgryźć, choć czułem, że musi w nich być coś więcej. Z nauki Apostołów rozumiałem jedynie te fragmenty, gdzie formułowali oni jasne reguły życia, zupełnie zaś nie przemawiała do mnie reszta, czyli ta cała poetycka paplanina o miłości, o „przyoblekaniu się w Chrystusa”, o “wolności, do której wyswobodził nas Chrystus”. Moja praktyczna, racjonalna, matematyczna wręcz wiara okazała się niewystarczająca, ułomna. Miałem wrażenie, że błąkam się pod ogromnym murem, za którym kryją się odpowiedzi na wszystkie moje pytania. Zwolennicy „opcji katechonicznej”, czyli wszelacy konserwatyści i tradycjonaliści, radośnie hasali sobie po łąkach przylegających do owego muru nie zwracając na niego większej uwagi. Może niektórzy z nich znali przejścia na drugą stronę, dla mnie jednak – i dla wielu innych – był on nie do pokonania. Większość zresztą nie zdawała sobie sprawy z jego istnienia. Podejrzewam, że samo dostrzeżenie owej przeszkody – czyli własnego niezrozumienia najważniejszych prawd wiary – już samo w sobie było ogromną łaską Bożą.

I proszę się nie śmiać z używanych przeze mnie porównań. Podobną metaforę muru oddzielającego „partię katechoniczną” od meritum chrześcijaństwa kreśli o. Andrzej Sarnacki SJ w swym artykule pt. „Tradycjonaliści – samozwańczy strażnicy prawdy?”:

„Fundamentalistyczne, surowe, skoncentrowane na zewnętrznych formach zachowanie uniemożliwia medytację. (…) Na przeszkodzie stoi mniej lub bardziej subtelna tendencja do kontrolowania procesu modlitwy, niezgoda na to, by nie wiedzieć, przekonanie o swej prawości, które zamykają osobę na doświadczenie spotkania i duchowego pocieszenia. Odwaga i bezkompromisowość prowadzonych przeciw członkom własnego Kościoła krucjat, wobec prostego faktu medytacji ujawniają podłoże emocjonalnej biedy i skarykaturowany obraz Boga. Jeśli osoba nie dostrzeże tej niespójności, pozostanie samotna przed murem Tajemnicy.”

W takich oto warunkach, stojąc pod murem Tajemnicy, wygrałem wraz z Żoną pierwsze w naszym kręgu Domowego Kościoła wybory na parę animatorską. Naszą funkcją miało być prowadzenie naszych spotkań modlitewno-formacyjnych w kolejnym, drugim roku formacji (w pierwszym roku formacji spotkania prowadzi para animatorska wyznaczona przez parę, która jeszcze wcześniej pilotowała powstający krąg przez okres dwóch lat). Powinienem był się cieszyć z otrzymanej władzy, gdyż wreszcie mogłem zacząć pełnić rolę „apostoła Tradycji” epatującego współ-oazowiczów katolickim tradycjonalizmem i politycznym konserwatyzmem. Tymczasem byłem w kropce, gdyż już wiedziałem, że sprawy się skomplikowały. Że zostałem wybrany do przewodzenia ludziom, których języka, wierzeń i przeżyć duchowych w znacznej mierze nie rozumiałem. Miałem nadzieję, że Bóg mnie jakoś z tego wyratuje.

I wyratował. Albowiem wtedy nadeszło lato Roku Pańskiego 2014, a wraz z nim kolejne nasze rekolekcje: 15-dniowa Oaza Rodzin I stopnia w Czarnej Sędziszowskiej koło Rzeszowa. Bardzo dobrze wspominaliśmy z Żoną poprzednią Oazę, a ta miała być niemal czterokrotnie dłuższa – wiedzieliśmy więc, że będzie wspaniale. Niemniej, rzeczywistość dramatycznie przerosła nasze oczekiwania.

Z początku nic nie zapowiadało przełomów, które miały nastąpić. Poznawanie się, pierwsze jutrznie i Msze Święte, praca w grupach, dzielenie się spostrzeżeniami po lekturze fragmentów Pisma Świętego, żartobliwe rozmowy podczas wspólnych posiłków… było dokładnie tak, jak sobie wyobrażałem, a mój zduszony problemami i pokusami życia codziennego teocentryzm zaczął oddychać pełną piersią. I tak minęły trzy dni: Zwiastowanie, Nawiedzenie i Narodzenie (każdy dzień Oazy nawiązuje do innej Tajemnicy Różańca), po których nadszedł czwarty, brzemienny w skutki dzień: Ofiarowanie.

CZĘŚĆ IV: spotkanie z Chrystusem

Tego dnia zorganizowano nam ceremonię „przyjęcia Chrystusa jako osobistego Zbawiciela i Pana”. Skrzywiłem się wtedy na sam dźwięk tych słów, gdyż są one dosłowną kalką językową z niektórych odłamów protestantyzmu, które to odłamy uważają, że wystarczy raz w życiu wypowiedzieć jakąś formułkę wyznania wiary i siup – jest się zbawionym. Wiedziałem, że sam tekst oazowej deklaracji używanej przy tej okazji nie posiada protestanckiego wydźwięku, ale niesmak pozostał – bo jak to, JA mam przyjmować Chrystusa jako osobistego Zbawiciela i Pana? JA, skrajny katotalib? A czym niby jest moje dotychczasowe życie, jak nie właśnie opowiedzeniem się po Jego stronie? Nawet cieszyłem się, że gdy w parafii mieliśmy wziąć udział w takowej ceremonii, całą rodziną żeśmy się rozchorowali – i nie mogliśmy uczestniczyć w owym upokarzającym spektaklu. Upokarzającym – bo sugerującym, że dotąd Jezus nie był naszym Zbawicielem i Panem! A tu masz babo placek – znowu ktoś chce byśmy udawali, że nagle się nawracamy.

W kaplicy okazało się jednak, że moje obawy były bezpodstawne. Oazowy obrzęd „przyjęcia Chrystusa jako osobistego Zbawiciela i Pana” miał formę adoracji Najświętszego Sakramentu w bardzo godnej i podniosłej – jak na oazowe warunki rzecz jasna – oprawie muzycznej. Po ogólnej modlitwie każde małżeństwo miało wybrać moment, w którym podejdzie do stopni ołtarza, uklęknie i z bliskiej odległości wypowie wobec Pana Jezusa słowa, jakie ongiś wypowiedział wobec Niego św. Piotr Apostoł: „Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego. A myśmy uwierzyli i poznali, że Ty jesteś Świętym Boga.” Przyznam, że się ucieszyłem, gdyż mimo protestanckiej nazwy, sam obrzęd raczej nie miał w sobie nic protestanckiego, a w dodatku nie sugerował, że wcześniej nie uznawaliśmy Jezusa za Zbawiciela i Pana. Klęczałem więc sobie na owej adoracji dość zadowolony… i wtedy zaczęły się problemy.

Otóż nagle napadło na mnie moje ośmielone trzema pierwszymi dniami rekolekcji sumienie, bez wysiłku pokonało mój opór i ukazało mi ogrom mej moralno-duchowej nędzy ukrywającej się w małych, codziennych, ale „wymaganych sytuacją” grzeszkach typu „mniejsze zło”, z których się zręcznie usprawiedliwiałem. Zrozumiałem, iż jeśli z odległości metra wygłoszę Chrystusowi tę Piotrową deklarację, to będę musiał w swoim życiu pewną sprawę radykalnie poprzestawiać. Wkurzyłem się. W najmniejszym stopniu mi się to uśmiechało i począł narastać we mnie ogromny gniew. Uczestnicy rekolekcji parami podchodzili do ołtarza i recytowali swe deklaracje wśród spokojnej, podniosłej muzyki, tymczasem ja zmagałem się z nowo odkrytą prawdą o sobie. Z wściekłością wbiłem wzrok w adorowaną Hostię i wycedziłem przez zęby: „żądasz wiele…”, po czym w mojej głowie momentalnie rozbłysła jasna, prosta myśl: „żądam wszystkiego”.

„Żądam wszystkiego” – owe dwa słowa w jednej chwili odarły mnie ze złości i otworzyły przede mną ogromną przepaść, w którą miałem się rzucić, jeśli chcę, by Jezus Chrystus naprawdę był moim Zbawicielem i Panem. Klęczałem w kaplicy z otwartą gębą i trząsłem się z przerażenia, bo oto Bóg dał mi znać, że On istnieje, a ja mam w zasadzie przestać istnieć. Kolejne małżeństwa składały swoje deklaracje, ja zaś nie mogłem się ruszyć z posadzki. Oto trzymałem w ręku całe swoje życie – i miałem je złożyć na ofiarę. Ktoś mówił, że nasza religia nie wymaga ofiar z ludzi? Mylił się. Potwornie się mylił. Świetliste słowa „żądam wszystkiego” nadal unosiły się w moim umyśle, a ja czułem, jak pod ich wpływem powoli oddzielają się od mojego jestestwa wszystkie moje przywiązania, jak po kolei zostaję ogołocony ze wszystkiego, co mnie zniewala – czyli ze wszystkiego, co zajmuje w mym życiu miejsce Boga. Gdy już nic nie zostało, poczułem, że potrafię rzucić się w tą przepaść. Chwyciłem Żonę za rękę i oznajmiłem jej, że idziemy do stopni ołtarza. Musieliśmy poczekać w małej kolejce, jaka do tego czasu się utworzyła, ale w końcu uklękliśmy przed Bogiem w Najświętszym Sakramencie. Popatrzyłem na biel Hostii, po czym wolno, drżącymi ustami, wspólnie z Żoną wypowiedziałem słowa św. Piotra: „Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego. A myśmy uwierzyli i poznali, że Ty jesteś Świętym Boga.” Nasze słowa ucichły, a ja czułem duchowy ekwiwalent stanu nieważkości – spadałem w przepaść. Po chwili uczyniliśmy znak krzyża, wstaliśmy i wróciliśmy na swoje miejsca. Pamiętam, że autentycznie wystraszony spytałem się Żony, ku jej zdziwieniu: „Co myśmy najlepszego zrobili?” – co było bardzo na miejscu, gdyż ponoć jest to ostatnia myśl skaczących samobójców. To dobrze pokazuje jak mało wcześniej rozumiałem z dobrze mi znanych przecież, Chrystusowych słów:

„Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje!” – Ewangelia wg św. Marka 8, 34

Gdy ceremonia dobiegła końca, a ludzie zaczęli powoli opuszczać kaplicę, podeszliśmy z Żoną do ołtarza jeszcze raz, uklękliśmy i wzięliśmy po jednym pasku pozaginanego, żółtego papieru z wiklinowego koszyka, który był tam cały czas wystawiony. Na paskach wydrukowane były krótkie sentencje z Pisma Świętego, a koszyk służył w zasadzie jako „paśnik” do karmienia „owieczek” Słowem Bożym. Taki chrześcijański ekwiwalent ciasteczka z wróżbą. Rozwinąłem swój papierek i odczytałem krótki, bezpośredni rozkaz: „Nie czyń zła, aby cię zło nie pochłonęło. – Syr 7,1”. Wyszło na to, że nie da się należeć jednocześnie do Boga i do grzesznego świata. W stanie delikatnego szoku, acz uradowany, opuściłem kaplicę.

Tak oto złożyłem na ołtarzu Jahwe ludzką ofiarę, o której św. Paweł Apostoł pisał w liście do Rzymian: „proszę was, bracia, przez miłosierdzie Boże, abyście dali ciała swoje na ofiarę żywą, świętą, Bogu przyjemną, jako wyraz waszej rozumnej służby Bożej” (List do Rzymian 12, 1). Był 19 lipca Roku Pańskiego 2014, czwarty dzień rekolekcji, nazwany Ofiarowaniem – od czwartej tajemnicy różańca. W notatniku dla uczestników Oazy zapisałem pod tym dniem, prócz zwięzłego opisu powyższych wydarzeń, także takie słowa: „Więcej Jezusa. O Jezusie. Z Jezusem.” Zauważyłem bowiem, iż do tej pory w swym życiu i rozmowach z dziećmi cały czas używałem terminu „Bóg”, ale prawie nigdy „Jezus”. Jak bardzo starotestamentowa była moja dotychczasowa religijność! Jak bardzo nie rozumiałem tego wyświechtanego sloganu, iż chrześcijaństwo jest nie tyle religią, co żywą relacją z Jezusem Chrystusem…

„Uwierzyliśmy miłości Boga – tak chrześcijanin może wyrazić podstawową opcję swego życia. U początku bycia chrześcijaninem nie ma decyzji etycznej czy jakiejś wielkiej idei, ale natomiast spotkanie z wydarzeniem, z Osobą, która nadaje życiu nową perspektywę, a tym samym decydujące ukierunkowanie.” – Benedykt XVI, encyklika „Deus Caritas Est”

CZĘŚĆ V: nowy, nieznany świat

Ową relację uzyskałem dzięki przekreśleniu siebie i poddaniu Mu się w całości, ale z początku nie zdawałem sobie sprawy z jej rozmiarów. Przez pierwsze godziny byłem w szoku, który powoli jednak ustępował poczuciu bycia pijanym. Z jakiegoś powodu odczuwałem cały czas wielką euforię i ogromne ciepło, wręcz żar. W ogóle nie rozumiałem co się ze mną dzieje. Gdy następnego dnia rano przystąpiłem do Komunii Świętej, jak zawsze oczekiwałem na następującą po niej falę przyjemności… która nie nastąpiła. Zdziwiłem się, ale niezbyt się tym przejąłem. Co tam jakieś chwilowe uczucia w porównaniu do tego, że cały czas kręci mi się w głowie? Tego dnia podczas pracy z Pismem Świętym w grupach była mowa o Pawłowym podziale ludzi na „zmysłowych”, „cielesnych” i „duchowych”, dzięki czemu zacząłem ubierać w pojęcia to, co stało się mym udziałem. Istotnie byłem bowiem dotąd człowiekiem „cielesnym”, który tym jeno w owej klasyfikacji góruje nad „zmysłowym”, iż wpuścił Boga do swego życia – jednak nadal nie oddaje mu się w pełni, nadal Bóg jest jedynie częścią jego życia, a nie samym życiem. Dzięki wydarzeniom dnia poprzedniego po raz pierwszy w życiu stałem się człowiekiem „duchowym”, mimo iż już dawno sądziłem, że nim jestem – a byłem jedynie „niemowlęciem w Chrystusie”. Byłem ślepy, po czym nagle przejrzałem. Niemniej, ujrzany świat był tak nowy, że go jeszcze nie rozumiałem. Gdybym wcześniej zaczytywał się w zapiskach świętych, wiedziałbym na czym stoję, a uwijając się w duchowej euforii z miotłą po domu rekolekcyjnym przypomniałbym sobie może takie słowa:

„W chwili przywdziania habitu Pan zaraz dał mi poczuć jak jest łaskawy dla tych, którzy przezwyciężają samych siebie dla służenia Jemu. Gwałtu tego i walki wewnętrznej nikt we mnie nie zauważył, wszyscy widzieli tylko wolę radośnie ochotną. Tak wielką wtedy dał mi Pan radość wewnętrzną z tego, że jestem zakonnicą, iż nigdy ono aż dotąd we mnie nie ustała. Oschłość, jaką przedtem cierpiała moja dusza, przemienił mi Bóg w najsłodsze uczucie swojej miłości. Wszystkie obowiązki i ćwiczenia zakonne rozkosz mi sprawiały. Doprawdy, nieraz, gdy zamiatałam podłogi klasztorne w tych samych godzinach, które przedtem poświęcałam na świeckie zabawy i stroje, na myśl, że już jestem wyzwolona od tych próżności, czułam w sobie nowe jakieś wesele i sama sobie się dziwiłam, skąd to pochodzi.” – św. Teresa z Ávila

Ja też nie za bardzo wiedziałem skąd ten duchowy „haj” pochodzi. Wpierw zdałem sobie sprawę z tego, że to, co zawsze odczuwałem przez kilka minut po przyjęciu Ciała Pańskiego, teraz towarzyszy mi od poprzedniego dnia, od oddania siebie Chrystusowi. I nie znika. A gdy sięgam wolą ku Bogu czuję się jakby przez moje ciało przelewał się Nieskończony Ocean Nieskończonej Potęgi. Cóż to mogło oznaczać? Czy to możliwe, by Bóg wchodził w taką poufałość z takim prostakiem, jak ja? Nie śmiałem tego przed sobą przyznać, ale wygląda na to, że znów nie byłem osamotniony:

„W pierwszych początkach taka była moja niewiedza, że nie wiedziałam o tym, iż Bóg jest obecny we wszystkich stworzeniach. Gdy więc na tej modlitwie czułam Go tak obecnym w swojej duszy, zdawało mi się to rzeczą niemożliwą. A jednak nie sposób mi było nie wierzyć, że jest we mnie, tak żywo czułam i tak jasno zdawało mi się, widziałam Jego obecność. Ludzie nieoświeceni mówili mi, że jest obecny tylko przez łaskę, ale ja temu nie mogłam dać wiary, bo jak mówię, zdawało mi się, że Go widzę rzeczywiście obecnego. Wielkie więc z tego powodu miałam utrapienie. Później dopiero uczony i wielki teolog z Zakonu chwalebnego patriarchy świętego Dominika wyzwolił mnie od tej wątpliwości i nauczył, że Bóg rzeczywiście jest w nas obecny i udziela nam siebie w pewien sposób, co bardzo mnie pocieszyło.” – św. Teresa z Ávila

Dla mnie takim momentem wyjaśnienia były słowa pieśni, które zabrzmiały na jednej z kolejnych Mszy Świętych…

„Jezus jest we mnie, w moim sercu żyje
On jest mój, a ja Jego, wyłącznie, jedynie
Serce Jezusa w moim sercu bije
Krew przenajświętsza w moich żyłach płynie”

Zaprawdę, istnienia się nie dowodzi, istnienia się doświadcza. Ku memu zdumieniu zrozumiałem owe „wyświechtane slogany z nauki Apostołów”, ową „paplaninę o miłości i przyoblekaniu się w Chrystusa”, niepojęte dla mnie wcześniej nauczanie o „wolności, do której wyswobadza Chrystus”, czy o Komunii, o zjednoczeniu z Bogiem, o byciu częścią Jego Ciała. Słowem: wszystkie te rzeczy, które dotąd brałem za przeintelektualizowane metafory nie rozumiejąc ich znaczenia – nagle wydały mi się zupełnie jasne i zrozumiałe. W jednej chwili pojąłem, że to są opisy stanu faktycznego:

„Ale przyobleczcie się w Pana Jezusa Chrystusa i nie troszczcie się zbytnio o ciało, dogadzając żądzom.” – Rz 13, 14

„Czyż nie wiecie, że ciało wasze jest świątynią Ducha Świętego, który w was jest, a którego macie od Boga, i że już nie należycie do samych siebie?” – 1 Kor 6, 19

„Siebie samych badajcie, czy trwacie w wierze; siebie samych doświadczajcie! Czyż nie wiecie o samych sobie, że Jezus Chrystus jest w was?” – 2 Kor 13, 5

„Teraz zaś już nie ja żyję, lecz żyje we mnie Chrystus.” – Ga 2, 20

„Bo wy wszyscy, którzy zostaliście ochrzczeni w Chrystusie, przyoblekliście się w Chrystusa.” – Ga 3, 27

„A tu już nie ma Greka ani Żyda, obrzezania ani nieobrzezania, barbarzyńcy, Scyty, niewolnika, wolnego, lecz wszystkim we wszystkich jest Chrystus.” – Kol 3, 11

Kiedyś moją reakcją na Listy Apostołów było zastanawianie się o co w nich chodzi. Teraz zacząłem reagować myślami typu „to przecież oczywiste” i „no patrz, mam tak samo”. Niektórzy mnie zapewne skrytykują, iż mówię niczym heretyk promujący ideę prywatnej interpretacji Biblii. Mogą to samo powiedzieć o św. Hildegardzie z Bingen, którą już cytowałem na początku świadectwa: „rozwarły się niebiosa i oślepiająca światłość niespotykanej jasności oblała cały mój umysł. I roznieciła ogień w moim sercu i piersi, jak płomień, nie paląc a ogrzewając ciepłem… i raptem pojęłam znaczenie ksiąg, to jest psałterza i innych ksiąg Starego i Nowego Testamentu.”

To, co mi się przytrafiło, jest zastanawiająco podobne. Moje chrześcijaństwo dosłownie ożyło, powstało z martwych. Mogę to porównać do podłączenia prądu do urządzenia o niewiadomym przeznaczeniu. Zapalają się światełka, urządzenie zaczyna pracować, a my dopiero wtedy rozumiemy do czego ono służy. Miałem wrażenie, jakby moje chrześcijaństwo było do tej pory takim urządzeniem. Albo samolotem, który trzymam w hangarze, całymi latami remontuję i ulepszam, a czasami sobie nawet posiedzę w kokpicie. Nagle przychodzi Chrystus i się pyta, czy Go wpuszczę na miejsce pilota. Ja Mu pozwalam, a On odpala silniki i odrywa nas od ziemi, ja zaś w końcu dowiaduję się do czego służą samoloty.

Inne, acz podobne wrażenie naszło mnie przy okazji obserwowania liturgii Kościoła. Może to głupie, ale zastanawiałem się, czy w zwyczajnych, parafialnych Mszach Świętych sprawowanych poza Oazą ujrzę nawiązania do mojego nowego stanu – co dowodziłoby, że owym ogólnokościelnym obrzędom nadawał kształt ktoś, kto również się w tym stanie znajdował. I rzeczywiście, ujrzałem takie nawiązania jeszcze w czasie trwania rekolekcji, na niedzielnej Mszy Świętej w lokalnym kościele parafialnym. W tekstach liturgicznych aż się od nich roi. Odniosłem wrażenie, jakbym dotychczas podziwiał liturgię jako piękny, acz niezamieszkały pałac – dlatego wcześniej zależało mi, aby ów pałac był jak najbardziej piękny i okazały. Tymczasem nagle widzę, że we wszystkich oknach pali się Światło Bożej Obecności. Przepiękne, acz zewnętrzne oznaki religijności, w których byłem zakochany jako katolik o odchyleniu tradycjonalistycznym, były jedynie ozdobą, w którą dawni „ludzie duchowi” zapakowali swoją osobistą relację z Chrystusem. Zrozumiałem, że dotąd zajmowałem się oprawką, a nie tym, co owa oprawka oprawia. I że dzisiejsi „ludzie duchowi” opakowują swoją osobistą relację z Chrystusem w dzisiejsze, zrozumiałe dla siebie formy, właściwe nowoczesnej popkulturze, w której zostali wychowani, nie zaś w dawne formy wywołujące u nich raczej muzealne skojarzenia. I nic na to nie można poradzić, albowiem to relacja z Chrystusem jest w Kościele najważniejsza, a cała reszta spraw to jej „efekt uboczny”, że tak się bezceremonialnie wyrażę.

W zasadzie, moja religijność oparta na dawnych formach miała sporo wspólnego z wyspiarskimi kultami cargo powstałymi w czasie II wojny światowej. Polegały one na tym, że nie rozumiejący osiągnięć cywilizacji technicznej tubylcy z wysp Pacyfiku, widząc jak japońscy i alianccy żołnierze budują lotniska, na które przylatują z nieba samoloty pełne dóbr, zaczynali ich później naśladować. Sądzili, że owe dobra przysyłają bogowie, a przybysze są znającymi odpowiednie rytuały do ich wypraszania pośrednikami, którzy przez jakiś czas rozdają część przysyłanych dóbr tubylcom, a potem nagle się zwijają i zostawiają wyspiarzy samym sobie (bo front się przesunął lub zakończono działania wojenne). Czyż nie byłem taki sam? Czyż nie uważałem, że kultywując dawne formy katolickiej pobożności biorę udział w wypraszaniu łask Boga koniecznych do odbudowy chwały dawnej cywilizacji katolickiej, po tym jak hierarchowie Kościoła posoborowego porzucili ją na Soborze Watykańskim II? Czym się różniłem od tych obrażonych na kolonializm wyspiarzy bezmyślnie naśladujących podpatrzoną musztrę wojsk kolonialnych, czy karczujących pasy startowe i klecących wieże kontroli lotów oraz samoloty z gałęzi? Istny kult cargo, włącznie z elementem buntu wobec pośredników z powodu porzucenia przez nich funkcji, którą ja uznawałem za ich najważniejszą powinność, a która tak naprawdę była jedynie jakimś tymczasowym efektem ubocznym ich prawdziwej działalności. Dlatego papież Franciszek mówi o tradycjonalizmie to, co mówi. Na przykład w pewnym przemówieniu do brazylijskich biskupów oraz w wywiadzie dla „La Civiltà Cattolica”:

„Propozycja pelagiańska. Pojawia się zasadniczo w formie restauracjonizmu. Usiłując rozwiązać problemy w Kościele poszukuje się rozwiązania wyłącznie dyscyplinarnego, wskrzeszając przestarzałe formy zachowania, które nawet kulturowo nie mogą być znaczące.”

„Jeżeli chrześcijanin tęskni tylko za tym, co było, jeśli jest legalistą, jeżeli chce, aby wszystko było jasne i pewne, to nie znajdzie niczego. Tradycja i pamięć przeszłości mają nam pomóc, by mieć odwagę do otwierania nowych przestrzeni dla Boga. Kto dziś szuka jedynie rozwiązań dyscyplinarnych, kto skłania się w sposób przesadny w kierunku doktrynalnego «bezpieczeństwa», kto ostentacyjnie pragnie przywrócić utraconą przeszłość, ma wizję statyczną i nierozwijającą się. W ten sposób wiara staje się jedną z wielu ideologii.”

Katolicyzm według papieża polega jednak na czymś zupełnie innym, co widać w tym fragmencie jego kazania na Uroczystość Bożej Rodzicielki Maryi:

„Nasza wiara nie jest abstrakcyjną ideą czy jakąś filozofią, ale życiodajną relacją, wypełnioną osobą Jezusa Chrystusa, jednorodzonego Syna Bożego, który stał się człowiekiem, umarł i zmartwychwstał, aby nas zbawić, i który żyje wśród nas. Gdzie możemy Go spotkać? Spotykamy go w Kościele; w naszej świętej matce Kościele hierarchicznym.”

Dobrze tę kwestię podsumował o. Andrzej Sarnacki we wspomnianym już wcześniej artykule o katolickim tradycjonalizmie, w którym zresztą przeglądam się jak w lustrze:

„Katolicyzm w jedności z głową Kościoła jest znacznie bardziej wymagający, bo nie sprowadza się do kilku prostych reguł i rytuału. Wielu odpowiedzi trzeba bowiem poszukiwać krok po kroku, cierpliwie czekając na łaskę zrozumienia rzeczy wewnętrznych. Pouczenie przychodzi dzięki posłuszeństwu Duchowi i żywej relacji z Chrystusem, a nie poprzez formy zewnętrznej poprawności, nawet jeśli bardzo wymagającej. Jedynie pogłębiająca się relacja z Chrystusem zapala w duszy światło, które rozprasza mroki lęku i pokazuję drogę miłości.”

Relacja z Chrystusem. Poczynając od tej chwili widziałem nawiązania do niej wszędzie. W różnych katechezach, artykułach, wywiadach, książkach, konferencjach i wspomnieniach, najróżniejsi duchowni i świeccy wszystkich wieków pisują po swojemu to samo zjawisko duchowe. Jedni używają przytoczonych wyżej terminów z Pisma Świętego, inni mówią o „nowym życiu w Chrystusie”, jeszcze inni o „drugim nawróceniu”, „oświeceniu z wysoka”, „spotkaniu Jezusa”, „otwarciu się na Dar Ducha”, „przebóstwieniu”, „chrzcie w Duchu Świętym”, czy o „mistycznym zjednoczeniu”. Nawet o. Rydzyk w Radiu Maryja miał na ten temat katechezę, tyle że on używał terminu „uchrystusowienie”. Nie byłem zaskoczony znajdując protestanckie i prawosławne relacje o podobnych doświadczeniach. Oszołomiony byłem jedynie skalą powszechności wiedzy o tym wręcz skrywanym dotąd przede mną świecie. Skrywanym przez moją własną ignorancję.

Albowiem świadectwa mieszkańców tego duchowego świata nie był przede mną ukryte. Ja po prostu nie przywiązywałem do nich wcześniej większego znaczenia, gdyż bardziej od kwestii „jak to pięknie jednoczyć duszę z Bogiem” interesowała mnie kwestia „jak nawrócić swoją rodzinę, kraj i cywilizację na turbokatolicyzm”. Tragedia polega na tym, że czyniąc tak ignorowałem jedyną właściwą odpowiedź na moje pytanie. Okazało się, że to obecny w mej duszy Jezus, jeśli ja Mu nie będę przeszkadzał, będzie wpływać na świat:

„Wy jesteście światłem świata. Nie może się ukryć miasto położone na górze. Nie zapala się też światła i nie stawia pod korcem, ale na świeczniku, aby świeciło wszystkim, którzy są w domu. Tak niech świeci wasze światło przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie.” – Ewangelia wg św. Mateusza 5, 14-16

Wcześniej zupełnie to do mnie nie docierało. Byłem raczej jak jeden z moich znajomych, który o „Domowym Kościele” stwierdził coś w stylu „ci ludzie formują się przez kilkadziesiąt lat, potem umierają i nie ma z tego żadnych owoców”. Takie właśnie jest myślenie „katechoniczne”, jest to swoisty aktywizm, branie spraw we własne ręce. Tymczasem prawda jest taka, jaką zapisałem wtedy w notatniku oazowym: „Owoce… nie są ‚owocami formacji w Domowym Kościele’, ale owocami mojego trwania w Chrystusie i trwania Chrystusa we mnie.” Nieprzypadkowo jedne z największych owoców w Poznaniu przynosi parafia kierowana przez zgromadzenie księży, którym od początku seminarium wbija się do głów jedną zasadę: „waszym jedynym celem jest osobista świętość”.

CZĘŚĆ VI: bezpośrednie konsekwencje

Jak to wszystko konkretnie wpłynęło na moje życie? Przede wszystkim, we mnie samym zaczęły zachodzić spore zmiany, bardzo podobne do tych, które zaszły kiedyś u pewnego faryzeusza imieniem Szaweł. Tak jak on byłem fanatykiem religijnych zasad i tak jak on dostałem niebiańskiego kopa w twarz.

Pierwszy i najważniejszy efekt był taki, że wypełniła mnie Boża miłość, niewymuszona radość chrześcijańska, a co najważniejsze – ogromna miłość bliźniego.

„Owocem zaś ducha jest: miłość, radość, pokój, cierpliwość, uprzejmość, dobroć, wierność, łagodność, opanowanie. Przeciw takim cnotom nie ma Prawa” – List do Galatów 5, 22-23

Dzięki temu wszystkiemu jedną rozmową uleczyliśmy wraz z Żoną bardzo poważne zranienia obecne w naszym małżeństwie. Byłem z tego powodu tak szczęśliwy, że trwałem na dziękczynieniu w kaplicy domu rekolekcyjnego do piątej nad ranem. Głupie? Zrobiłem więcej „głupich” rzeczy, na przykład radośnie zapisałem się na stałe do Krucjaty Wyzwolenia Człowieka, czyli mówiąc po ludzku: na dożywotni post od alkoholu w intencji wyzwolenia innych od nałogu alkoholizmu. Na każdych rekolekcjach „oaziści” strasznie cisną uczestników, by się do KWC przyłączać i wielu czyni to z musu, potem mając problem z dotrzymaniem przysięgi, ja zaś jako niezależny, „religijny po swojemu” smakosz belgijskich piw klasztornych broniłem się przed zrekrutowaniem mnie rękoma i nogami. Tymczasem na tej oazie, zaraz po nawróceniu, kolejna propagandowa pogadanka krucjatowa spowodowała w mej głowie myśl typu „tak bardzo uwielbiam piwa, że post od nich byłby wspaniałym prezentem dla Jezusa!” Załamałem się wtedy nieco, bo już wiedziałem, że nic nie powstrzyma mnie nie tylko przed podpisaniem Krucjaty, ale także przed wytrzymaniem w niej, bo będę do tego uzdolniony przez samego Zbawiciela. Dziecinnie łatwe kontrolowanie własnej woli w indywidualnie dobranych przez Boga aspektach – tak mógłbym nazwać to zjawisko. Taki św. Paweł na przykład miał na swoim wyposażeniu znacznie szerszy zakres:

„Umiem cierpieć biedę, umiem i obfitować. Do wszystkich w ogóle warunków jestem zaprawiony: i być sytym, i głód cierpieć, obfitować i doznawać niedostatku. Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia.” – List do Filipian 4, 12-13

O tej sile woli jeszcze wspomnę, wróćmy jednak do radości, albowiem z początku to ona dominowała nad wszystkim. Wreszcie, wreszcie udało mi się przebić ów mentalny mur, który tak bardzo mnie dręczył – i wreszcie wiedziałem co jest po drugiej stronie: jest tam namacalny Bóg, czysta, rozsadzająca serce Miłość. Byłem spełniony i sądziłem, że osiągnąłem jakowyś szczyt chrześcijańskiego poznania… tylko po to, by dowiedzieć się na jednej z oazowych prezentacji, że moja sytuacja to – uwaga – próg dojrzałości chrześcijańskiej. Pokornie ruszyłem więc w dalszą drogę, za motto biorąc refren jednej z oazowych pieśni:

„Jezus siłą mą, Jezus pieśnią mego życia
Królem wiecznym On, niepojęty w mocy swej
w Nim znalazłem to, czego szukałem do dzisiaj
sam mi podał dłoń, bym zwyciężał w każdy dzień”

Zaprawdę, to w Chrystusie znalazłem to, czego szukałem przez cały czas. Posyła On do mnie swojego Ducha, zapewniając mi siłę potrzebną do zwyciężania zła dzień po dniu. Mojego zła, nie cudzego! Ciekawym aspektem działania tegoż Ducha jest to, że gdy się na niego zupełnie otwieram, znika charakterystyczna dla reakcjonisty pogarda dla ludzi, a zastępuje ją bezwarunkowa miłość. Gdy w takim stanie patrzę na bliźniego, nawet na ignoranta lub oponenta, mam ochotę pomyśleć „co za wspaniała, ciekawa istota”. Bardzo zapadła mi w pamięć debata telewizyjna na temat pikiet antyaborcyjnych z członkiem „Twojego Ruchu” Janusza Palikota. Rzecz jasna mocno korzystałem z duchowego „dopingu”, czego skutek był taki, że mimo skrajnej tremy mówiłem sensownie i zachowywałem zupełny spokój, a do tego cały czas miałem ochotę objąć mojego adwersarza i powiedzieć mu, że Jezus go kocha. „To nie jest normalne” – powiecie. Parę znajomych osób z Fundacji powiedziało mi coś w stylu „Dobrze wypadłeś Janek, ale czemu tak spokojnie? Mogłeś go zniszczyć!” Niszczyć ludzi jest jednak trudno, gdy w jakiś tajemniczy sposób poznaje się to, co Bóg wobec nich czuje. Gdy partycypuje się w Jego Miłości…

„Nie jest rzeczą konieczną, abyśmy wam pisali o miłości braterskiej, albowiem Bóg was samych naucza, abyście się wzajemnie miłowali.” – Pierwszy List do Tesaloniczan 4, 9

„A sługa Pana nie powinien się wdawać w kłótnie, ale ma być łagodnym względem wszystkich, skorym do nauczania, zrównoważonym. Powinien z łagodnością pouczać wrogo usposobionych, bo może Bóg da im kiedyś nawrócenie do poznania prawdy i może oprzytomnieją i wyrwą się z sideł diabła, żywcem schwytani przez niego, zdani na wolę tamtego.” – Drugi List do Tymoteusza 2, 24-26

„Zdarzało mi się, że nagle przenikało mnie takie żywe uczucie obecności Bożej, że żadną miarą nie mogłam wątpić o tym, że On jest we mnie albo ja cała w Nim pogrążona. Nie był to jakiś rodzajem widzenia, ale coś innego, co nazywają, zdaje mi się, teologią mistyczną. Sprawia to takie zawieszenie duszy, iż cała jakby wychodzi z siebie. Wola w tym stanie kocha, pamięć zdaje się jakby zagubiona, rozum, o ile mi się zdaje, nie myśli ani się nie gubi w tym zachwyceniu, tylko, nie działa będąc jakby przerażony wielkością tych rzeczy, które ogląda. Bóg, bowiem chce, aby rozumiał, że z tego, co mu w tej chwili ukazuje Boski Jego Majestat nic a nic nie rozumie.” – św. Teresa z Ávila

I taki właśnie jestem, gdy „wspomagam się” Duchem Świętym. Natomiast ilekroć rozmawiam z ludźmi bez sięgania wolą ku Bogu, czy to z powodu lenistwa, zmęczenia, zniecierpliwienia, czy roztargnienia, odzywa się „stary człowiek”, który – szczególnie uzbrojony w wiedzę „nowego” i stający po jego stronie – potrafi być dość bucowaty, a nawet szkodliwy, niemniej prawdziwe zęby ma już wyłamane.

Jeśli chodzi o to, czy Duch Święty jakoś konkretnie wpływa na to, co mówię, to może czasem tak jest, również wtedy, gdy nie mam się odzywać. Tak było na Oazie Rodzin II stopnia w 2015 roku podczas godziny świadectw, na której chyba nie miałem zajmować cennego czasu swoją paplaniną, by ktoś inny mógł się wypowiedzieć. Na początku zgromadzeni zaśpiewali pieśń do Ducha Świętego, a ja przeżyłem coś troszkę podobnego do „upadku w Duchu Świętym”, tyle że zdążyłem usiąść i oprzeć głowę na półkach, jakie stały za moim krzesłem, po czym zupełnie osłabłem, a serce tłukło mi jak młotem, co zrujnowało mój plan powiedzenia czegoś od siebie. Żona poprosiła mnie wtedy o tłumaczenie jej angielskojęzycznego świadectwa wobec polskojęzycznych zgromadzonych, a ja, nie mogąc zebrać myśli by powiedzieć cokolwiek od siebie, zacząłem tłumaczyć płynnie i bez najmniejszego trudu, czasami wyprzedzając to, co sama mówiła. Do dzisiaj wspomina ona tę sytuację używając przymiotnika „creepy” (po angielsku: dziwne, niepokojące, przerażające). Ja pamiętam głównie słodycz bycia zmasakrowanym, wobec której ów dziwny „dar języka” był dla mnie raczej mało ważnym dodatkiem.

Kolejna sprawa jest taka, że potrafię dostrzec kto również posiada taką relację z Chrystusem, jaka stała się mym udziałem. Nie za pomocą widzenia jakiejś aury, czy jakichś odczuć, ale za pomocą rozumu. Wystarczy, że dana osoba opowie własnymi słowami o swojej własnej religijności. Po prostu wiem czego w jej słowach szukać. To jest tak, jak z rozumieniem apostolskiej paplaniny o „przyoblekaniu się w Chrystusa” – skoro mam tak samo, to rozumiem o co w tym chodzi i widzę kto również to rozumie.

Na początku spodziewałem się, że oznaki dzielenia ze mną owego niezwykłego stanu odnajdę u różnego rodzaju katolickich konserwatystów. Jakie było moje zdziwienie, gdy odkryłem je min. u księdza Grzegorza Kramera SJ, który jest uznawany przecież za liberała, a nie odkryłem ich u otaczających mnie, znajomych „turbokatolików”. Grupą najbardziej „świecącą” ową relacją z Chrystusem okazali się zwyczajni, politycznie mało jaskrawi, pozostający w głównym nurcie Kościoła świeccy, księża i biskupi, w nowoczesny sposób głoszący Ewangelię nowoczesnemu człowiekowi. Spowodowało to w mojej głowie totalny mętlik i potrzebę przewartościowania oraz uporządkowania tego, co dowiedziałem się o świecie wiary. Efektem była wrzucona na facebooka w styczniu 2015 roku (a więc w pół roku po opisywanym tu nawróceniu) grafika pod cokolwiek nieszczęśliwym tytułem „Wykres Rodzajów Katolicyzmu”
(https://www.facebook.com/photo.php?fbid=10152597694956009).

Piszę „nieszczęśliwym”, bo katolicyzm jest jeden, a to w zasadzie mapa duchowości katolików. Tak czy siak, używając wzoru wykresów ideologii politycznych stworzyłem kwadratowe pole opisane dwoma osiami: teocentryzmem (skupianiem się na Bogu) oraz antropocentryzmem (skupianiem się na człowieku), dzięki czemu udało mi się wyszczególnić 4 postawy ekstremalne oraz miejsce dla letnich katolików pośrodku. Owe ekstrema to:

  • Pogubieni (na dole, mało teocentryzmu, mało antropocentryzmu): nihilistyczny brak religijności, ateizm, hedonizm, śmieszkizm, zatracenie siebie w niewoli grzechu.
  • Tradycjonaliści (po prawej, dużo teocentryzmu, mało antropocentryzmu): religijność starotestamentowa, ślepe posłuszeństwo wobec [zasad] Boga nawet za cenę deptania człowieka.
  • Moderniści (po lewej, mało teocentryzmu, dużo antropocentryzmu): religijność liberalna, nieposłuszeństwo wobec [zasad] Boga w celu schlebiania człowiekowi.
  • Radykałowie (u góry, dużo teocentryzmu, dużo antropocentryzmu): nowotestamentowy człowiek duchowy, czyli osobista relacja z Bogiem oraz służba drugiemu człowiekowi.

Termin „Radykałowie” wziąłem z bloga „Młot na posoborowie”, którego autor we wpisie pt. „Klucz do papieża Franciszka” opisał już w marcu 2013 roku – choć niedoskonale i z tradycjonalistycznej perspektywy, ale całkiem składnie – czym są owi radykałowie (http://przedsoborowy.blogspot.com/2013/03/klucz-do-papieza-franciszka.html). I chwała mu za to, bo większość tradycjonalistów nawet nie dostrzega ich odrębności, kategoryzując ich jedynie jako dziwaczną formę pośrednią między modernistami i sobą, czasami dorzucając jakieś epitety typu „kremówkizm”, „emocjonalizm” lub „gitarkowość”.

Oczywiście najciekawszym elementem owego wykresu – i powodem dla jego powstania – było wytłumaczenie sobie samemu jak to się może dziać, że ktoś wyraźnie wywodzący się z katolewicy, jak ks. Kramer, korzysta z tej samej bezpośredniej łączności z Chrystusem, z której i ja zacząłem korzystać, a z której nie korzystają tak zastępy konserwatystów, jak i zastępy katolewicowców. Powód jest prosty: tak katolewica, jak i katoprawica, są ludzkimi postawami religijnymi. Bożą postawą religijną jest jedynie świętość, w którą Bóg wciąga tych, którzy Mu się oddali, niezależnie czy są z prawicy, z lewicy, z letnich, czy z pogubionych. Świętość! Tak zresztą powinna na moim wykresie brzmieć nazwa „radykalizmu”, tyle że „świętość” to termin za bardzo obciążony ludzkimi wyobrażeniami, by go użyć w celu informowania innych o nowym, nieznanym świecie, do którego się dostałem.

Bo jak to, Cyraniak świętym? Przecież nie. Dopiero powoli uświęcanym, w drodze z katoprawicy ku radykalizmowi. Uświęcenie jest chyba najciekawszym aspektem działania Ducha, którego otrzymałem. W skrócie chodzi o to, że świadoma chęć do popełniania grzechu gdzieś ze mnie wyparowała, na skutek czego posiadam dziwne poczucie wolności: przestrzegam przykazań nie z musu lub przekonania, ale niejako „przy okazji” bycia nowym sobą. I to o to chodzi w tej całej Pawłowej gadaninie o wolności: gdy człowiek w pełni odda siebie Bogu, Bóg odsuwa od niego poczucie bycia na smyczy przykazań, bo ten człowiek i tak tych przykazań nie będzie łamał…

„Teraz zaś, po wyzwoleniu z grzechu i oddaniu się na służbę Bogu, jako owoc zbieracie uświęcenie.” – List do Rzymian 6, 22

„A takimi byli niektórzy z was. Lecz zostaliście obmyci, uświęceni i usprawiedliwieni w imię Pana naszego Jezusa Chrystusa i przez Ducha Boga naszego.” – Pierwszy List do Koryntian 6, 11

„Sam Bóg pokoju niech was całkowicie uświęca, aby nienaruszony duch wasz, dusza i ciało bez zarzutu zachowały się na przyjście Pana naszego Jezusa Chrystusa.” – Pierwszy List do Tesaloniczan 5, 23

„przystąpmy z sercem prawym, z wiarą pełną, oczyszczeni na duszy od wszelkiego zła świadomego i obmyci na ciele wodą czystą. (…) Jeśli bowiem dobrowolnie grzeszymy po otrzymaniu pełnego poznania prawdy, to już nie ma dla nas ofiary przebłagalnej za grzechy, ale jedynie jakieś przerażające oczekiwanie sądu i żar ognia, który ma trawić przeciwników.” – List do Hebrajczyków 10, 22, 26-27

„Tak i wy, bracia moi, dzięki ciału Chrystusa umarliście dla Prawa, by złączyć się z innym – z Tym, który powstał z martwych, byśmy zaczęli przynosić owoc Bogu. Jak długo bowiem wiedliśmy życie cielesne, grzeszne namiętności pobudzane przez Prawo działały w naszych członkach, by owoc przynosić śmierci. Teraz zaś Prawo straciło moc nad nami, gdy umarliśmy temu, co trzymało nas w jarzmie, tak, że możemy pełnić służbę w nowym duchu, a nie według przestarzałej litery.” – List do Rzymian 7, 4-6

Wyobrażacie to sobie? Brak woli do grzechu, a w chwilach sięgania wolą ku Duchowi Świętemu – brak pokus. Z początku było to zastanawiające, bo jak to? Przecież wielcy święci byli kuszeni wręcz nadmiarowo. Wkrótce jednak znalazłem wytłumaczenie: nie jestem wielkim świętym! Bóg, chroniąc mnie od pokus, skierował moją uwagę na konkretny problem.

Okazało się, że jak najbardziej nadal grzeszę, a źródłem tych grzechów jest mój „stary człowiek”, czyli moja źle wykształcona osobowość ze wszystkimi złymi, nienawistnymi nawykami, które radośnie w sobie latami budowałem. Zwróćcie uwagę, że w powyższym cytacie z Listu do Hebrajczyków św. Paweł Apostoł mówi o oczyszczeniu ze „świadomego” zła i niemożności „dobrowolnego grzeszenia”. Czyli, że „bezwolnie” taki człowiek oddany na służbę Chrystusowi nadal grzeszy, a czyni to z powodu zła „nieświadomego”. Niemniej, ma z tym walczyć, albowiem…

„(…) trzeba porzucić dawnego człowieka, który ulega zepsuciu na skutek zwodniczych żądz, odnawiać się duchem w waszym myśleniu i przyoblec człowieka nowego, stworzonego według Boga, w sprawiedliwości i prawdziwej świętości.” – List do Efezjan 4, 22-25

Dobrze ujmuje to arcybiskup Fulton J. Sheen:

„Poza obumarciem dla formy niższej nie istnieje inna droga pozwalająca na przejście do wyższej formy życia; człowiek nie może radować się uszlachetnionym istnieniem w Chrystusie, dopóki nie odetnie się od starego Adama. Do tego, kto prowadzi umartwione życie w Chrystusie, śmierć nigdy nie przyjdzie niczym złodziej w nocy. Umieramy codziennie, aby ćwiczyć umieranie, aż pewnego dnia odniesiemy sukces.”

CZĘŚĆ VII: wyburzanie fortec

Z tegoż powodu, gdy mieliśmy szansę prosić o coś podczas indywidualnego błogosławieństwa Najświętszym Sakramentem, wykrztusiłem z siebie: „Panie, skrusz wszystkie moje fortece, które w sobie przeciwko Tobie zbudowałem”. Diakon uczynił wtedy monstrancją znak krzyża i powiedział: „niech ci się stanie według twojej wiary”. A prosiłem z taką wiarą, z jaką jeszcze o nic nie prosiłem. Co ciekawe, prosiłem o coś, co chyba i tak miało nadejść, gdyż o podobnym procesie oczyszczania piszą święci, np. św. Jan od Krzyża w „Nocy ciemnej”:

„Podobnie jest z boskim ogniem miłości w kontemplacji. Zanim zjednoczy on duszę z sobą i przemieni w siebie, najpierw musi usunąć wszystkie jej właściwości, które są mu przeciwne. Wyrzuca z naszej duszy jej niedoskonałości, czyni ją czarną i ciemną, tak że wydaje się nawet gorszą, brzydszą i wstrętniejszą, niż była przedtem. To boskie oczyszczenie usuwa wszystkie złe i zgubne nawyki, których dusza przedtem nie widziała, ponieważ były one w nią wkorzenione i zbyt zastarzałe. Nie zdawała ona sobie po prostu sprawy z tego, jak wiele było w niej zła. Otóż ciemne światło boskiej kontemplacji stawia je wszystkie przed jej oczyma, w celu wydobycia ich na zewnątrz i zniszczenia, a dusza oświecona tym światłem widzi je wszystkie jasno. Oczywiście, dusza nie jest przez to mniej doskonała ani sama w sobie, ani przed Bogiem. Widząc w sobie to, czego przedtem nie widziała, czuje się tak nędzną, iż sądzi, że nie tylko nie zasługuje na Boże wejrzenie, ale jest godna wzgardy i za taką się uważa.”

Owe dwa i pół roku, jakie minęły od tamtej prośby o zniszczenie mego wewnętrznego zła, były dla mnie czasem jednocześnie wyjątkowo cudownym i wyjątkowo bolesnym. Na przemian raduję się i zwijam się z bólu, gdyż doświadczam ogromnej Bożej pomocy i przemocy (granica jest płynna), a w tym wszystkim nie opuszcza mnie pokój ducha i przekonanie, że gdziekolwiek to wiedzie, będzie dobrze. Jestem placem budowy, na którym wszechmocny Architekt kruszy zamczyska moich wad, wywozi gruz i wytycza nowe aleje, wzdłuż których mam wzrastać na nowo. Co najzabawniejsze – jak na razie nie dotarł do mojego lenistwa, a zdołał już wysadzić w powietrze parę rzeczy, o których istnieniu nawet nie miałem pojęcia.

Szczególnym przykładem tego wyburzania była sprawa mojego odejścia z Fundacji Pro – Prawo do Życia, do której zgłosiłem się niedługo przed mym głębokim nawróceniem, gdyż chciałem służyć bliźnim, nieść jakiś krzyż w mym zbyt przyjemnym życiu, a także zmienić coś w stylu życia naszej rodziny, zaangażować ją całą w jakiś wolontariat.

W Fundacji znalazłem więcej, niż się spodziewałem. Stałem się częścią ogólnopolskiego, prężnie rozwijającego się ruchu, który uderza w cywilizację śmierci. Moja walka nie była jałowa, ale przynosiła dobre owoce, była prowadzona przy użyciu sprawdzonych metod i popierana przez Kościół, w tym przez poznańskiego arcybiskupa. W toku działalności zyskałem szacunek i uznanie, poznałem też mnóstwo wspaniałych ludzi, w tym osoby z pierwszych stron gazet. Z racji uliczno-prawno-medialnych starć ze wspomnianym wcześniej oponentem z „Twojego Ruchu” zyskałem status swego rodzaju bohatera i może nie sławę, ale na pewno rozpoznawalność, także wśród lokalnych polityków. Wspomogłem Fundację nie tylko czynem, ale też piórem i umysłem, przeszedłem specjalne szkolenia i zostałem dopuszczony do ważnych informacji. Pokazałem też wieloletnim znajomym z Internetu, że warto wyjść z cyber-okopów i zacząć działać w realu.

Ważniejsze były osiągnięcia wewnętrzne. Spełniło się moje wieloletnie marzenie: stałem się żołnierzem, a następnie oficerem w armii walczącej o słuszną sprawę. Przy każdej nadarzającej się okazji dumnie nosiłem żółty „mundurek” Fundacji, a w kołnierzyk koszuli codziennie rano wpinałem (ba, nadal to robię) międzynarodową odznakę obrońców życia. I miało to swoje uzasadnienie, gdyż po raz pierwszy w życiu znalazłem działalność, w której jestem dobry, która mnie mocno interesuje, a do tego jest użyteczna moralnie. Działalność, w której się całkowicie odnalazłem, która wykorzystywała moje umiejętności i zainteresowania, a także motywowała do dalszej pracy wykorzystując zaspokajanie psychologicznego mechanizmu nagrody. W końcu zostałem kimś na własny rachunek, tylko dzięki Bogu i sobie, a nie znowu dzięki moim rodzicom, którzy zawsze pragnęli ustawiać mi życie i wszystko za mnie załatwiać. Ogromnie wzmocniło to moje poczucie własnej wartości i pewność siebie.

Najważniejsze było jednak to, iż prawie wszystkie te rzeczy wydarzyły się po moim głębokim nawróceniu. W zasadzie nic w mej działalności nie działo się w oderwaniu od Ducha Świętego, który ogromnie pomagał mi na pikietach i w czasie trudnych chwil w mediach. Wszystko było na swoim miejscu! Wreszcie niosłem swój krzyż i Chrystus był zadowolony z mej osobistej ofiary z siebie dla innych. Wreszcie zostałem Jego żołnierzem i On dał mi to odczuć. Szczególnie dostrzegłem to na Jasnej Górze, gdy podczas Mszy o światło Ducha Świętego dla obrońców życia ludzkiego, jako mający czytanie, stałem z przodu grupy fundacyjnych koordynatorów, dosłownie kilka metrów od Cudownego Obrazu. Myślałem wtedy o tym jak daleko zaszedłem od czasu mej poprzedniej wizyty w Częstochowie, jeszcze w liceum. Wtedy wzgardziłem wizytą w Sanktuarium i poszedłem z kumplami włóczyć się po barach, teraz klęczałem u stóp Pani Jasnogórskiej i prosiłem o łaski przed zbliżającą się bitwą, zupełnie jak czynili to nasi przodkowie, gdy Ojczyźnie naszej zagrażał wróg.

Pokochałem Fundację. Chciałem w niej działać do końca życia. Oczywiście próbowałem pamiętać o hierarchii wartości: wpierw Bóg, następnie rodzina, po czym praca i dopiero po niej działalność społeczna, a na końcu rozrywka. Niemniej, na akcjach Fundacji byłem min. w Walentynki, Dzień Kobiet i urodziny mojej Żony. A gdy o sobie myślałem, pierwsza rzecz, jaka przychodzi mi do głowy, to „koordynator komórki poznańskiej”. W zasadzie można powiedzieć, że bycie owym koordynatorem stało się dla mnie wszystkim tym, czym dla Abrahama był Jego obiecany przez Boga syn, Izaak, czyli spełnieniem największych marzeń i realizacją Bożych planów oraz obietnic.

„A po tych wydarzeniach Bóg wystawił Abrahama na próbę. Rzekł do niego: Abrahamie! A gdy on odpowiedział: Oto jestem – powiedział: weź twego syna jedynego, którego miłujesz, Izaaka, idź do kraju Moria i tam złóż go w ofierze na jednym z pagórków, jakie ci wskażę.” – Księga Rodzaju 22, 1-2

Nie myślcie, że sobie schlebiam, porównując się do Abrahama. Myślę, że w życiu każdego z nas pojawiają się takie próby. A przynajmniej w życiu tych, którzy wierzą w Boga i chcą być mu posłuszni:

„Gdy wybierał się w drogę, przybiegł pewien człowiek i upadłszy przed Nim na kolana, pytał Go: Nauczycielu dobry, co mam czynić, aby osiągnąć życie wieczne? Jezus mu rzekł: Czemu nazywasz Mnie dobrym? Nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg. Znasz przykazania: Nie zabijaj, nie cudzołóż, nie kradnij, nie zeznawaj fałszywie, nie oszukuj, czcij swego ojca i matkę. On Mu rzekł: Nauczycielu, wszystkiego tego przestrzegałem od mojej młodości. Wtedy Jezus spojrzał z miłością na niego i rzekł mu: Jednego ci brakuje. Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną. Lecz on spochmurniał na te słowa i odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości. Wówczas Jezus spojrzał wokoło i rzekł do swoich uczniów: Jak trudno jest bogatym wejść do królestwa Bożego.” – Mk 10, 17-23

Jezus nie chce, byśmy przykładali serce do ziemskich spraw. On chce mieć nasze serca na wyłączność. Wiemy jednak, że jesteśmy niedoskonali i bezwiednie przykładamy serce do spraw ziemskich. Chrystus wzywa nas wtedy, byśmy działali wbrew sobie i szli za Nim.

Tak też się stało ze mną, acz spadło to trochę jak grom z jasnego nieba. Pewnego marcowego dnia 2015 roku ku swemu przerażeniu zauważyłem, że… zadurzyłem się w jednej z wolontariuszek poznańskiej komórki. I to tak „po uszy”. Ja, pogromca demonicznych napojów gazowanych i prolajfowy katotalib, w dodatku od niedawna głęboko nawrócony na oazie, szczęśliwy mąż i ojciec czwórki dzieci. Przyznacie, średnio zabawna sytuacja. Nie wiedziałem co czynić, czułem się nawet trochę oszukany przez Boga. Bo jak to, czuję tą uświęcającą obecność Bożą jak zwykle, a w głowie mi cudza żona? Gdybym nie był otumaniony owym zauroczeniem, to bym się wkurzył.

Pojechałem do pracy i nie mogłem pracować. Myślałem tylko o niej, przeklinając odurzające chemikalia, które wyprodukowało moje ciało. Żeby koledzy nie widzieli, iż nie pracuję, po jakimś czasie wyszedłem do łazienki, sprawdziłem na obecność innych osób i – stwierdziwszy, iż jest pusto – zawołałem do Boga w desperacji. Wiedziałem, że jestem w mocy tego uczucia i jeśli ona też wpadnie w podobny stan, to nic nas nie powstrzyma przed zdradą małżeńską. Co czynić? Zawołałem do Jezusa, że powierzam Mu ten problem. I wiecie co? On go wziął.

W jednej sekundzie odzyskałem władzę nad sobą. Od razu, z miejsca. To było jak wychynięcie z jakichś oparów na świeże powietrze. Emocja nadal tam była, taka sama jak wcześniej, ale nie wpływa ona na moją wolę. Kolejny plaskacz w twarz z rodzaju „Twój Bóg jest prawdziwy”. Wróciłem do pracy i okazało się, że mogę się skupić.

Nie można było jednak tak tego zostawić. Całe moje jestestwo rwało się, by opowiedzieć o tym wszystkim mojej Żonie, z którą dzięki Duchowi Świętemu działającemu podczas domowokościołowych dialogów małżeńskich osiągnęliśmy taką jedność, że nie mieliśmy żadnych sekretów, zresztą ona już zaczynała się domyślać. Zebranie się na odwagę trwało dwa dni, chociaż to raczej była skazana na porażkę próba powstrzymania tamy, która sama już puszczała. Prawda zaczynała się ze mnie po prostu wylewać, łamiąc mój opór. Żona – jak można się domyślić – nie była zadowolona, ale z racji naszego wcześniejszego „zaleczenia ran” przyjęła to dzielnie i posłała mnie do spowiedzi. Spowiedź była dość zabawna, bo z początku proboszcz chciał się załamać (może pomyślał, że przyszedłem wyznać fizyczną zdradę), ale gdy skończyłem opowieść to nie bardzo wiedział za co ma mi dawać rozgrzeszenie. Nalegałem, że za pożądanie żony bliźniego swego, więc mnie rozgrzeszył, a za pokutę przeczytanie Psalmu osiemnastego. Który to Psalm nosi w Tysiąclatce tytuł „Król dzięki czyni za zwycięstwo”, opisuje zaś jak to król Dawid był w śmiertelnym niebezpieczeństwie, ale Bóg zawołał do Boga, ten zaś przybył mu na ratunek, dzięki czemu Dawid nie tylko bez trudu rozgromił nieprzyjaciół, ale też gonił za nimi tak długo, aż ich nie wymordował i nie wdeptał w ziemię. Co tu dużo mówić:

„Każdego więc, kto tych słów moich słucha i wypełnia je, można porównać z człowiekiem roztropnym, który dom swój zbudował na skale. Spadł deszcz, wezbrały potoki, zerwały się wichry i uderzyły w ten dom. On jednak nie runął, bo na skale był utwierdzony. Każdego zaś, kto tych słów moich słucha, a nie wypełnia ich, można porównać z człowiekiem nierozsądnym, który dom swój zbudował na piasku. Spadł deszcz, wezbrały potoki, zerwały się wichry i rzuciły się na ten dom. I runął, a upadek jego był wielki.” – Ewangelia wg św. Mateusza 7, 24-27

W Liście do Filipian 4, 13 św. Paweł Apostoł napisał „Wszystko mogę w tym, który mnie umacnia”. I tak w istocie było, czułem się niesamowicie mocny mocą Boga. Przykładowo, gdy w trakcie mojego wycofywania się z Fundacji przejeżdżałem pewnej soboty przez miasto, przyszła ogromna pokusa pojechania do centrum i przyjrzenia się obiektowi moich uczuć z daleka, gdyż właśnie trwała pikieta. Zaczerpnąłem mocy Ducha Świętego, zaśmiałem się pokusie w twarz i pojechałem zamiast tego kupić Żonie dwie nowe spódnice.

Przyznacie, zwycięstwo podejrzane, odniesione zbyt łatwo. Przecież byłem w zasadzie pokonany przez szatana, gotowy by upaść tak samo, jak wszyscy cudzołożnicy, których zawsze krytykowałem i którym się dziwiłem. Jedyna różnica między nimi i mną była taka, że zawołałem o pomoc, czyli zasługa w zasadzie zerowa. I nagle jak gdyby nigdy nic dociskam butem głowę atakującego mnie diabła do ziemi. Nie wiedziałem, że w tym jest haczyk. Albo: że to zwycięstwo to haczyk, który jest jedynie wstępem do prawdziwej próby, czyli do odejścia z Fundacji.

Bóg postawił mnie w takiej sytuacji, że jeśli chciałem uniknąć dalszego łamania Jego przykazania o niepożądaniu żony bliźniego swego, musiałem odrzucić to, co stało się dla mnie najcenniejszym od Niego darem, najwyższym obowiązkiem moralnym, największym osiągnięciem życiowym i najgłębszym przywiązaniem emocjonalnym. Bo przecież zauroczenie nie znikło, srogo mnie wręcz katowało, jak to zauroczenia mają w zwyczaju. Przez cały miesiąc udawałem, że nie muszę dokonywać wyboru, z marnym skutkiem. Wyobraźcie sobie Abrahama, który wiezie Izaaka do kraju Moria, a po drodze przystaje w jakiejś tawernie i przez miesiąc udaje, że to się nie dzieje. To było nie do wytrzymania, w końcu więc ustąpiłem, wybrałem posłuszeństwo wobec Boga i wkroczyłem w przygotowane dla mnie cierpienie.

Rozdzieranie duszy, jakiego doświadczyłem, było nieporównywalne z czymkolwiek, co dotychczas w życiu przeszedłem. Zadurzony w dziewczynach bywałem już wcześniej, więc wiedziałem, że jakoś się da to przeżyć, ale nigdy wcześniej nie musiałem porzucać czegoś, co stało się sensem mojego życia leczącym wszystkie moje nieuświadomione kompleksy. Pamiętam, że niejako przypadkiem przykuły wtedy moją uwagę te dwa cytaty:

„Ubodzy w duchu to ci, którzy do tego stopnia nie są przywiązani do majątku, do pozycji społecznej i do światowej wiedzy, że – gdy Królestwo Boże zażąda od nich ofiary – gotowi są wyrzec się wszystkiego.” – arcybiskup Fulton J. Sheen „The Cross and the Beatitudes”, 1937r., str. 54.

„Jezu mój, Ty widzisz, że wola Twoja święta jest mi wszystkim. Jest mi obojętne, co ze mną zrobisz: każesz mi brać się do dzieła – zabieram się ze spokojem, choć wiem, że jestem do tego niezdolna; każesz mi czekać przez zastępców swoich – więc czekam z cierpliwością; napełniasz duszę moją zapałem – a nie dajesz możności czynu; pociągasz mnie za sobą w niebiosa – a pozostawiasz mnie na ziemi; wlewasz w duszę moją tęsknotę za Tobą, – a kryjesz się przede mną. Umieram z pragnienia, by połączyć się na wieki z Tobą – a śmierci nie pozwalasz, by się zbliżyła do mnie. O wolo Boża, tyś mi pokarmem i rozkoszą duszy; kiedy poddaję się świętej woli Boga mojego, to głębia pokoju zalewa duszę moją.” – św. Faustyna Kowalska, „Dzienniczek”, 952

Wtedy nie umiałem tak do tego podchodzić, ale dzięki odejściu co nieco zbliżyłem się do opisywanych powyżej postaw, gdyż runęły liczne fortece mojego „dawnego człowieka”. Okazało się bowiem, że najtrudniej było mi zrezygnować ze spotykania się z ważnymi ludźmi i brania udziału w ważnych wydarzeniach, podczas których byłem podziwiany i chwalony. To do tych aspektów działalności w Fundacji najbardziej przylgnęło moje serce, o czym wcześniej nawet nie wiedziałem. Wyszło to na jaw dopiero wtedy, gdy to serce odrywałem.

Najgorsze chwile przeżywałem w maju 2015 roku, po poznańskim Marszu dla Życia, w którym miałem brać udział jako podwójny współorganizator: z ramienia Fundacji i z ramienia Diakonii Życia Domowego Kościoła. Miałem nawet wraz ze swoją rodziną nieść dary do rąk arcybiskupa na Mszy Świętej w katedrze po Marszu. I nagle musiałem z tego, jak i z uczestnictwa w Marszu, po prostu zrezygnować i siedzieć w domu. Odczuwałem to jako jawną niesprawiedliwość, byłem zły na Boga i nieznośny wobec Żony i dzieci. Po Marszu dostałem sms-ową relację, w której kolega pisał, abym żałował, że mnie nie było, bo rozmawiali z biskupem i mają jego podpis. Abym żałował! Skręciło mnie ze złości. Przecież to ja miałem się spotkać z biskupem! To ja na kończącej Marsz Mszy, przed tysiącami ludzi i kamerami, miałem wraz z Żoną i dziećmi nieść dary do jego rąk! To ja miałem się upajać poczuciem bycia ważnym i podziwianym! JA!!!

Gdy gniew opadł rozpoczął się kilkugodzinny epizod depresyjny, podczas którego zupełnie odechciało mi się żyć. Dociągnąłem do następnego dnia głównie dzięki ślepej wierze, że skoro Bóg mnie w to wpakował, to mnie przez to przeprowadzi. Człowiek nie wie jaka wściekłość i rozpacz potrafią towarzyszyć takiej degradacji, póki to się nie wydarzy. Człowiek również nie zna siebie i nie wie jak bardzo pobłądził, póki Bóg go nie podda próbie. Wtedy wychodzi na jaw ohydna twarz diabelskiego buntu, którą człowiek nosi w duszy. Okazało się, że działałem w Fundacji nie tylko dla dzieci nienarodzonych i Boga, ale głównie dla swojej chorej ambicji i leczenia kompleksów.

„Mózg nie widzi, że nie widzi.” – Marcin Gajda

Tak czy siak, na drugi dzień obudziłem się inny, jakby lżejszy, z dziwną przestrzenią w głowie pozostałą po tym, co właśnie zostało wycięte.

„Profity” były jednak większe. W zasadzie niemal od momentu mojego głębszego nawrócenia zacząłem dostawać od Boga to, co stanowi „wisienkę na torcie” we wspomnianym Psalmie 18-tym, niemniej wypełnienie przyszło dopiero w czasie wychodzenia z Fundacji:

„Ty mnie ocalasz od buntów ludu, ustanawiasz mnie głową narodów. Służy mi lud, którego nie znałem. Są mi posłuszni na pierwsze wezwanie; cudzoziemcy mi schlebiają. Cudzoziemcy bledną, z drżeniem wychodzą ze swoich warowni.” – Psalm 18, 44-46

Chodzi tu o moją ukochaną, amerykańską Żonę, cudzoziemkę, która na skutek całego tego bałaganu, blada i drżąca wyszła z warowni charakterystycznej dla każdej zachodniej kobiety XXI wieku, czyli z warowni buntowniczej emancypacji i powierzyła mi całą siebie, zupełnie jak w chrześcijańskim ideale małżeńskim opisanym przez św. Pawła w piątym rozdziale Listu do Efezjan. Chodzi o naukę, iż mąż ma być jak Chrystus, a żona jak Kościół – tzn. mąż ma się dla niej poświęcać, a ona ma mu się poddawać. Okazało się, że to nie jest opis tego, co mamy czynić, ale opis tego, co zrobi z nami Duch Święty, jeśli się Mu poddamy. Żona od tego czasu chucha na mnie i dmucha, a co najważniejsze, pozwala mi bez przeszkód pełnić rolę przywódcy rodziny. Ktoś się może śmiać, ale prawda jest taka, że od ponad wieku mężczyźni robią się coraz bardziej niedojrzali emocjonalnie, a kobiety zrobiły się wojownicze, asertywne i wyemancypowane, w związku z czym dzisiejszy, statystyczny mężczyzna może sobie o dowodzeniu rodziną jedynie pomarzyć.

„Niech żyje Pan! Moja Skała niech będzie błogosławiona! Niech będzie wywyższony Bóg, mój Zbawca, Bóg, który zapewnia mi pomstę i poddaje mi narody, wybawia mnie od nieprzyjaciół, wynosi nad moich wrogów i uwalnia od gwałtownika. Przeto będę Cię, o Panie, chwalił wśród narodów i będę wysławiał Twoje imię. Tyś zwycięstwa wielkie dał królowi i Twemu pomazańcowi okazałeś łaskę, Dawidowi i jego potomstwu na wieki.” – Psalm 18, 47-51

Faktem jest również, że odejście z Fundacji przywróciło mi właściwą hierarchię spraw, wedle której na pierwszym miejscu ma być Bóg, później obowiązki stanu (małżeńskie i rodzicielskie), następnie obowiązki zawodowe, a dopiero później działalność społeczna. W końcu stać na ulicy z plakatem może każdy, nie potrzeba do tego ojca czwórki dzieci mającego na głowie pracę i inne obowiązki. Zyskałem przeto sporo czasu na zajmowanie się rodziną i jej rozwojem duchowym, a także i swoim, co było bardzo pomocne, gdyż niszczenie mojego „dawnego człowieka” w zasadzie dopiero się zaczęło.

„Wszakże mam to za rzecz najpewniejszą, że nie dopuści Pan złemu duchowi szkodzić takiej duszy, która w duchu pokory usiłuje zbliżyć się do Niego; przeciwnie, czym szatan chciał podejść ją i zgubić, z tego ona większy zysk i korzyść odniesie.” – św. Teresa z Ávila

CZĘŚĆ VIII: kłopoty u ludzi

Przejdę teraz do mniej przyjemnych spraw. Nie na darmo w ciągu całego tego świadectwa porównuję się ze św. Pawłem. Jasne, żaden ze mnie Apostoł Narodów, może najwyżej bieda-apostoł paru grup na facebooku, ale chodzi o ogólny typ doświadczenia przejścia od agresywnej religijności legalistycznej do radosnej relacji z Jezusem. Włącznie ze wszystkimi konsekwencjami, o których możemy przeczytać w Dziejach Apostolskich:

„Wtedy Ananiasz poszedł. Wszedł do domu, położył na nim ręce i powiedział: Szawle, bracie, Pan Jezus, który ukazał ci się na drodze, którą szedłeś, przysłał mnie, abyś przejrzał i został napełniony Duchem Świętym. Natychmiast jakby łuski spadły z jego oczu i odzyskał wzrok, i został ochrzczony. A gdy go nakarmiono, odzyskał siły. Jakiś czas spędził z uczniami w Damaszku i zaraz zaczął głosić w synagogach, że Jezus jest Synem Bożym. Wszyscy, którzy go słyszeli, mówili zdumieni: Czy to nie ten sam, który w Jerozolimie prześladował wyznawców tego imienia i po to tu przybył, aby ich uwięzić i zaprowadzić do arcykapłana? A Szaweł występował coraz odważniej, dowodząc, że Ten jest Mesjaszem, i szerzył zamieszanie wśród Żydów mieszkających w Damaszku. Po upływie dłuższego czasu Żydzi postanowili go zgładzić. Szaweł dowiedział się o ich zamiarach. A strzegli bram we dnie i w nocy, aby go zgładzić. Uczniowie więc spuścili go nocą w koszu na sznurze przez mur i wyprawili. Kiedy przybył do Jerozolimy, próbował przyłączyć się do uczniów, lecz wszyscy bali się go, nie wierząc, że jest uczniem. Dopiero Barnaba przygarnął go i zaprowadził do Apostołów, i opowiedział im, jak w drodze Szaweł ujrzał Pana, który przemówił do niego, i z jaką siłą przekonania przemawiał w Damaszku w imię Jezusa. Dzięki temu przebywał z nimi w Jerozolimie. Przemawiał też i rozprawiał z hellenistami, którzy usiłowali go zgładzić. Bracia jednak dowiedzieli się o tym, odprowadzili go do Cezarei i wysłali do Tarsu. A Kościół cieszył się pokojem w całej Judei, Galilei i Samarii. Rozwijał się i żył bogobojnie, i napełniał się pociechą Ducha Świętego.” – Dzieje Apostolskie 9, 17-31

Jakby to było na moje?

„Wtedy animator oazowy poszedł. Wszedł do domu rekolekcyjnego, zagrał na gitarze i powiedział: Janie, bracie, Pan Jezus, który przemówił do Ciebie z Hostii, kiedy klęczałeś, nie musi mnie nawet przysyłać, abyś przejrzał i został napełniony Duchem Świętym, bo już jesteś ochrzczony i bierzmowany, więc ja mam jedynie zorganizować Tobie kolację. A gdy go nakarmiono, odzyskał siły. Jakiś czas spędził z posoborowikami na oazie i zaraz zaczął głosić w Internetach, że prawdziwy katolicyzm polega nie na zmuszaniu siebie i innych do reguł i rytuałów, ale na osobistej relacji z Jezusem w Duchu Świętym. Wszyscy znajomi, którzy go czytali, pisali zdumieni: Czy to nie ten sam turbokatol, który na „Karłach Reakcji” krytykował letniość i miękkość katolików posoborowych i po to dołączył do oazy, by nawracać tych mentalnych protestantów na tradycyjny katolicyzm? A Jan występował na fejsbukach coraz odważniej, dowodząc, że żywy i namacalny kontakt z Duchem Świętym jest normalną rzeczą we wspólnotach posoborowych, i szerzył zamieszanie wśród tradycjonalistów obecnych na grupie „Jak będzie w akapie – sekcja katolicka”. Po upływie dłuższego czasu najbardziej obrażeni na niego turbokatolicy postanowili go zbanować. Jan nie dowiedział się o ich zamiarach zawczasu, a oni strzegli swoich grup i profili, by nie musieć czytać jego słów. Napisał więc Jan do księdza Grzegorza Kramera i próbował się z nim zaprzyjaźnić, lecz ten bał się go, nie wierząc, że naprawdę przestał być tradycjonalistą i stał się uczniem Chrystusa. Dopiero jego własny proboszcz przygarnął go i zaprowadził do nowego kręgu Domowego Kościoła, gdzie Jan mógł opowiedzieć jak na oazie spotkał Pana, który przemówił do niego, i z wielką siłą przekonania napisał im referat o tym dlaczego warto jeździć na rekolekcje. Na Internetach rozprawiał też w swoim ostrym stylu z małżeństwem antynatalistycznych hellenistów, którzy usiłowali go wyszydzić jako fideistę. Oazowcy jednak dowiedzieli się o tym i odwiedli go od częstych sporów w sieci. A katolickie wspólnoty posoborowe cieszyły się pokojem w całej Polsce, rozwijały się i żyły bogobojnie, i napełniały się pociechą Ducha Świętego.”

Powyższa trawestacja dobrze maluje obraz moich kłopotów wynikłych z nawrócenia. No ale co zrobisz, nic nie zrobisz. Wyżej wstawiałem gdzieś cytat ze św. Teresy z Ávila, jak to na początku jej drogi „ludzie nieoświeceni” mówili jej, że Bóg jest w niej obecny nie faktycznie, ale tylko „przez łaskę”, ona zaś temu nie mogła dać wiary, bo zdawało jej się, że Go widzi rzeczywiście w niej obecnego, z którego to powodu miała wielkie utrapienie. Traktujący o niej artykuł na Wikipedii posiada zastanawiający fragment:

„Około roku 1556, przyjaciele Teresy z Ávili zasugerowali, że jej nowo odkryta wiedza jest dziełem diabła, a nie Boga. Zaczęła więc stosować praktyki pokutnicze i umartwiać się. Jej spowiednik, jezuita święty Franciszek Borgiasz, jednakże zapewniał ją o boskim pochodzeniu jej przemyśleń.”

Nie zliczę ile razy w ciągu ostatnich dwóch lat tradycjonaliści zarzucili mi, że mam kontakt nie z Duchem Świętym, ale z diabłem. Na szczęście mój spowiednik, a zarazem proboszcz i opiekun mojego kręgu Kościoła Domowego, jest innego zdania. Swoją drogą, za takie porównywanie swoich przeżyć do przeżyć katolickich świętych z początkowych etapów ich duchowej drogi spadają na mnie częste oskarżenia o grzeszenie pychą, bo np. „św. Teresie do pięt nie dorastam”. No łał, jakbym nie wiedział – ale może ja chcę do tych pięt dorosnąć? Takie oskarżenia to pewnego rodzaju mentalne dystansowanie się owych oskarżycieli od świętych i świętości, czyli w sumie od Jezusa, bo to On jest ową świętością obecną w świętych. Co ciekawe, moje porównywanie własnych doświadczeń z zapiskami świętych – którzy przecież mają być dla nas przykładem! – i świadczenie o spotkaniu Jezusa wywołują we wspólnotach posoborowych radość, dziękczynienie i pozytywne zainteresowanie. Wśród tradycjonalistów reakcją są najczęściej oburzenie, zgorszenie i oskarżenia o pychę oraz herezję, względnie seria pytań mająca upewniać się, czy „spotykając Jezusa” nie zbłądziłem doktrynalnie. Czy czegoś to nie przypomina? Dobrze, że nie musiałem stawać przed prawdziwą Inkwizycją, jak św. Ignacy Loyola. Znów za Wikipedią (której nie wstydzę się używać, bom prostak, więc nic sobie nie będę robił z uwag o „wikipedycznej wiedzy”):

„Był wówczas podejrzewany o przynależność do alumbrados, których nieortodoksyjne metody związane były z duchowością reformy franciszkańskiej promowanej przez kardynała Cisnerosa. Szczególne zainteresowanie inkwizycji budziły kobiety wpadające w trans i konwulsje podczas kazań Ignacego. Po raz drugi zebrał wokół siebie pewną liczbę zwolenników, ale nie podążyli za nim do Paryża. W 1528 przenosi się do Paryża i zaczyna studia na Sorbonie najpierw na Collège de Montaigu a później Collège Ste-Barbe, gdzie również był pod obserwacją inkwizycji i raz został skazany na publiczne biczowanie. Jego postępowanie wobec inkwizycji zmienia się z czasem, pierwsze wyroki przyjmuje z pokorą, nawet nie protestując, później zaczyna wnosić skargi i staje się aktywnym uczestnikiem procesów, a na końcu kiedy już formuje Towarzystwo sam występuje do inkwizycji o proces.”

Jak już pisałem, podpałką stosów Inkwizycji była „słoma” tomistycznej teologii, której zwolennicy są w gruncie rzeczy bardzo nieufni wobec wszelkiego rodzaju mistycznych objawień. Nie będę pisał, że taka właśnie nieufność ludzi religijnych wobec suwerennych działań Boga ma miejsce u faryzeuszów skazujących Jezusa Chrystusa na śmierć, bo to oklepany przykład, sięgnę przeto do innego, lepszego, bo tyczącego się uczniów Jezusa:

„I zaczął ich pouczać, że Syn Człowieczy musi wiele cierpieć, że będzie odrzucony przez starszych, arcykapłanów i uczonych w Piśmie; że będzie zabity, ale po trzech dniach zmartwychwstanie. A mówił zupełnie otwarcie te słowa. Wtedy Piotr wziął Go na bok i zaczął Go upominać. Lecz On obrócił się i patrząc na swych uczniów, zgromił Piotra słowami: Zejdź Mi z oczu, szatanie, bo nie myślisz o tym, co Boże, ale o tym, co ludzkie. Potem przywołał do siebie tłum razem ze swoimi uczniami i rzekł im: Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech weźmie krzyż swój i niech Mnie naśladuje! Bo kto chce zachować swoje życie, straci je; a kto straci swe życie z powodu Mnie i Ewangelii, zachowa je.” – Mk 8, 31-35

Pan Jezus nakazuje tutaj chrześcijanom w zasadzie kurs niemalże samobójczy, a religijni prawicowcy twardo trzymają kurs na przetrwanie swoje, Kościoła i katolickiej cywilizacji. Jak to pisałem w artykule pod moim ostatnim zdjęciem w tle: „religijna prawica chce chronić katolików przed ewangelicznym radykalizmem, chce chronić chrześcijańską cywilizację przed chrześcijaństwem, chce chronić Kościół przed Chrystusem. (…) Prawicowiec, jak św. Piotr, pragnie ubezwłasnowolnienia Jezusa.”
(całość: https://www.facebook.com/photo.php?fbid=10153131361081009).

We wczesnochrześcijańskim Liście do Diogneta czytamy podobną obserwację o religijnych prawicowcach tamtej epoki: „według własnych upodobań wyznaczają plany Boże”. Bierze się to rzecz jasna z braku zaufania Bogu, czyli z powodu wiary przeżywanej po ludzku, nie zaś w samobójczym radykalizmie będącym dziełem Ducha Świętego. I stąd bierze się całe niezrozumienie między nieufającymi Bogu katoprawicą i katolewicą, a ludźmi nawróconymi sercem ku Jezusowi. Na prawicy jest to wojna tradycjonalistycznej „partii katechonicznej” z ewangeliczną „partią eschatoniczną”. Kiedyś w owym starciu stałem po stronie katechonistów, ale gdy się nawróciłem i stanąłem w opozycji wobec dawnych „towarzyszy klawiatury”, eschatoniści – dotąd chłoszczący mnie za brak wiary – ku memu zdziwieniu nagle zaczęli pisać na przykład takie rzeczy:

„Jak to dobrze, że Jan Cyraniak wcześniej należał do tradycjonalistów, a teraz dopiero zrzucił z siebie skorupę nieuporządkowanego przywiązania do form i pustej pobożności. Kto wcześniej śledził środowisko to raczej pamięta poglądy Cyraniaka, ciężko było przeoczyć. Tym bardziej dziwi mnie, że ktoś w ogóle ma w sobie tyle bezczelności, żeby zarzucić mu modernizm, bo ten człowiek przez wiele lat sam walczył z modernizmem i wie, co to jest i czemu to jest złe. Zamiast atakować go za to, że was irytuje tym, czego wy nie znacie i poznać nie chcecie, uwierzcie, że naprawdę można nie być tradycjonalistą i jednocześnie nie być heretykiem.”

Tylko jak sprawić, by moi znajomi zrozumieli to, czego doświadczam? Św. Paweł w drugim i trzecim rozdziale Pierwszego Listu do Koryntian stwierdził, że osoba niewierząca („człowiek zmysłowy”) uzna naukę o wewnętrznej relacji z Bogiem za głupstwo, natomiast osoba wierząca, ale nie poddająca się Bogu w całości („człowiek cielesny”) jej nie zrozumie:

„(1) Tak też i ja przyszedłszy do was, bracia, nie przybyłem, aby błyszcząc słowem i mądrością głosić wam świadectwo Boże. (2) Postanowiłem bowiem, będąc wśród was, nie znać niczego więcej, jak tylko Jezusa Chrystusa, i to ukrzyżowanego. (3) I stanąłem przed wami w słabości i w bojaźni, i z wielkim drżeniem. (4) A mowa moja i moje głoszenie nauki nie miały nic z uwodzących przekonywaniem słów mądrości, lecz były ukazywaniem ducha i mocy, (5) aby wiara wasza opierała się nie na mądrości ludzkiej, lecz na mocy Bożej. (6) A jednak głosimy mądrość między doskonałymi, ale nie mądrość tego świata ani władców tego świata, zresztą przemijających. (7) Lecz głosimy tajemnicę mądrości Bożej, mądrość ukrytą, tę, którą Bóg przed wiekami przeznaczył ku chwale naszej, (8) tę, której nie pojął żaden z władców tego świata; gdyby ją bowiem pojęli, nie ukrzyżowaliby Pana chwały; (9) lecz właśnie głosimy, jak zostało napisane, to, czego ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, ani serce człowieka nie zdołało pojąć, jak wielkie rzeczy przygotował Bóg tym, którzy Go miłują. (10) Nam zaś objawił to Bóg przez Ducha. Duch przenika wszystko, nawet głębokości Boga samego. (11) Kto zaś z ludzi zna to, co ludzkie, jeżeli nie duch, który jest w człowieku? Podobnie i tego, co Boskie, nie zna nikt, tylko Duch Boży. (12) Otóż myśmy nie otrzymali ducha świata, lecz Ducha, który jest z Boga, dla poznania darów Bożych. (13) A głosimy to nie uczonymi słowami ludzkiej mądrości, lecz pouczeni przez Ducha, przedkładając duchowe sprawy tym, którzy są z Ducha. (14) Człowiek zmysłowy bowiem nie pojmuje tego, co jest z Bożego Ducha. Głupstwem mu się to wydaje i nie może tego poznać, bo tylko duchem można to rozsądzić. (15) Człowiek zaś duchowy rozsądza wszystko, lecz sam przez nikogo nie jest sądzony. (16) Któż więc poznał zamysł Pana tak, by Go mógł pouczać? My właśnie znamy zamysł Chrystusowy. (1) A ja nie mogłem, bracia, przemawiać do was jako do ludzi duchowych, lecz jako do cielesnych, jako do niemowląt w Chrystusie. (2) Mleko wam dałem, a nie pokarm stały, boście byli niemocni; zresztą i nadal nie jesteście mocni. (3) Ciągle przecież jeszcze jesteście cieleśni. Jeżeli bowiem jest między wami zawiść i niezgoda, to czyż nie jesteście cieleśni i nie postępujecie tylko po ludzku?”

Po co więc napisałem to świadectwo? Bo chciałem. Bo wiele osób mnie o nie molestowało, szczególnie ostatnio. Bo „Co mówię wam w ciemności, powtarzajcie na świetle, a co słyszycie na ucho, rozgłaszajcie na dachach!” (Mt 10, 27). Bo może dzięki temu różni ludzie, z którymi relacje nieco popsułem, nie będą się na mnie już tak bardzo denerwować. Bo może ktoś, kto to przeczyta, zacznie szukać przejścia przez niewidzialny mur oddzielający ludzkie myślenie religijne od Bożej Tajemnicy.

CZĘŚĆ IX: augustianizm i tomizm

A jak pokonać ów niewidzialny mur? Otóż wcale nie trzeba.

„Oto stoję u drzwi i kołaczę: jeśli kto posłyszy mój głos i drzwi otworzy, wejdę do niego i będę z nim wieczerzał, a on ze Mną.” – Apokalipsa św. Jana 3, 20

Jezus stoi u drzwi naszego serca i kołacze. Jesteśmy w stanie Go poznać tylko poprzez wpuszczenie Go do wnętrza i nawiązanie z Nim relacji. Tak samo przebiega poznawanie jakiejkolwiek innej osoby: polega ono na posiadaniu relacji z tą osobą.

Należy mówić o tym jak ważne jest owo poznanie Chrystusa dla nas samych i w jaki sposób można do niego dojść, co nie jest takie proste, gdyż to Bóg decyduje kiedy zesłać nam okazję do głębszego nawrócenia, a samo oddanie Mu sterów życia jest decyzją trudną i bolesną. Według homilii biskupa Grzegorza Rysia z ostatniego Zjazdu Gnieźnieńskiego, mojego doświadczenia, a także lektury artykułów i świadectw w Internecie, „wpuszczenie Jezusa do naszego wnętrza” może nastąpić na przykład wtedy, gdy oddamy Mu ostatnie obszary naszego życia, które jeszcze nie są poddane Jego władzy. Chodzi często o jakiś mały grzech, może nawet nie grzech, ale coś na pograniczu, jakiś kontrowersyjny czyn lub stan, z którego nie chcemy zrezygnować, sami się z niego usprawiedliwiamy (np. że to legalne, czy że w ten sposób wybieramy mniejsze zło) i od którego odganiamy Chrystusa, wiedząc podświadomie co by o tej rzeczy powiedział.

„Podkreślał też, że jeśli mamy taki grzech, którego się naprawdę wstydzimy, który nas upokorzył i który nam obrzydza samych siebie, to Jezus chce stać się również tym grzechem i to w pierwszej kolejności. – On jest radykalny, jest otwarty! – zauważył i jednocześnie zachęcał żeby wierni oddali Jezusowi każde swoje przewinienie, a nie zatrzymywali go dla siebie. – Kiedy On umiera na krzyżu, to każdy mój grzech umiera z nim – wyjaśnił.” (bp Grzegorz Ryś, źródło: http://krakow.gosc.pl/doc/3009890.Bp-Rys-Chrystus-chce-stac-sie-naszym-grzechem)

Trud przełamania się w tej decyzji może się okazać ogromny, gdyż może wymagać przezwyciężenia własnego psychologicznego mechanizmu zaprzeczania, co o własnych siłach jest w zasadzie niewykonalne. Dlatego nawrócenie jest chwilą łaski, podczas której Jezus może dać nam rozeznanie z czego mamy dlań zrezygnować, a następnie daje nadnaturalną wolność wyboru i zaprasza, byśmy całkowicie się Mu powierzyli. Łaska ta jest udzielana tym, którzy Go szukają, zgodnie z obietnicą „szukajcie, a znajdziecie”. Przykładem może tu być nawrócenie św. Augustyna z Hippony, które na Wikipedii opisano tak:

„Na wsi rozpoczyna pisać Soliloquia. Tam też doświadczył niespodziewanego przeżycia duchowego, które okazało się decydujące w jego życiu. Usłyszał w ogrodzie głos jakby dziecka powtarzający: weź to i czytaj! (tolle et lege!). Gdy otworzył Biblię na przypadkowej stronicy, znalazł fragment Rz 13, 13-14, mówiący o zaniechaniu ucztowania i uprawiania rozpusty oraz o „przyobleczeniu się w Chrystusa”. Doznał przy tym odczucia wyzwolenia z dotychczasowego przywiązania do nieuporządkowanego seksu, zapragnął także zostać celibatariuszem. Przeżycie to na trwałe zmieniło bieg jego życia. Wkrótce podzielił się swoimi przeżyciami ze swoją matką, od dawna pragnącą jego nawrócenia. Na początku marca 387 roku Augustyn wrócił do Mediolanu. Tam przyjął chrzest wraz z synem Adeodatem i przyjacielem Alipiuszem z rąk biskupa Ambrożego. (…) Według Augustyna, do odzyskania kontaktu duszy z Bogiem potrzebny jest akt samego Boga, zwany przez niego iluminacją. Studia teoretyczno-filozoficzne mogą przygotowywać człowieka do tego kontaktu, a pobożne życie emocjonalnie na niego otworzyć, jednakże to Bóg w ostatecznej instancji decyduje, czy człowiekowi udzielona zostanie łaska poznania (zrozumienia), czy też nie. Aktu iluminacji nie można sobie zapewnić dobrymi uczynkami, gdyż zawsze są one znikome w obliczu nieskończoności Boga. Akt iluminacji jest zatem zawsze łaską daną człowiekowi przez kochającego Boga – rodzajem darowizny, długu miłości, na który należy odpowiedzieć swoim życiem. Augustyn z Hippony oceniał, iż omawiany przez niego akt Bożej łaski jest niezgłębioną przez człowieka suwerenną decyzją Boga – może on nie być darowany dziecku pobożnych rodziców, a darowany dziecku prostytutki. Augustyn odrzucał pogląd, iż poznanie prawdy dokonuje się wyłącznie na drodze rozumowej.”

Tylko niech nikt nie bierze sobie powyższych, wikipedycznych sugestii, iż niektórzy są jakby „skazani” na brak „iluminacji”, za wymówkę dla własnego zastoju duchowego. Sam św. Augustyn bardzo mocno zachęca nas do ruszenia w drogę za Chrystusem i sugeruje coś odwrotnego, a mianowicie to, że Bóg obiecał ową „iluminację” wszystkim:

„Pan powiedział krótko: „Ja jestem światłością świata. Kto idzie za Mną, nie będzie chodził w ciemnościach, lecz będzie miał światło życia”. W słowach tych kryje się równocześnie nakaz i obietnica. Wykonajmy to, co nam nakazał, żebyśmy nie pragnęli z bezwstydnym czołem tego, co obiecał, i żeby nam nie powiedział na swoim sądzie: „Czy zrobiłeś to, co nakazałem, by domagać się tego, co przyobiecałem?” Cóż takiego nakazałeś, Panie Boże nasz? Powie ci: „Abyś szedł za Mną”. (…) A więc róbmy, co trzeba, i idźmy za Panem. Rozerwijmy kajdany, które nam nie pozwalają kroczyć za Nim. Ale któż jest zdolny rozwiązać takie więzy, jeśli nam nie pomoże Ten, do którego powiedziano: „Ty rozerwałeś moje kajdany”, o którym inny psalm mówi: „Pan rozwiązuje spętanych, Pan podnosi upadłych”. Za czymże idą ci, którzy są już wolni i podźwignięci, jeśli nie za Światłem, od którego słyszą słowa: „Ja jestem światłem świata; kto idzie za Mną, nie będzie chodził w ciemnościach”, „ponieważ Pan oświeca ślepych”. Pozwólmy się tylko oświecić, bracia, mając wiarę jako lekarstwo na ból oczu. (…) Jeżeli kochasz, idź! Kocham, mówisz, ale dokąd mam iść? (…) Szukasz drogi? Posłuchaj Chrystusa, który ci najpierw mówi: „Ja jestem drogą”. (…) Nie powiedziano ci: „Pracuj i szukaj drogi, abyś doszedł do prawdy i życia”. Nie to ci powiedziano. Wstań, leniwcze, droga sama do ciebie przyszła i śpiącego obudziła cię ze snu, oby cię rzeczywiście obudziła! Wstań i chodź! Może usiłujesz naprawdę chodzić, ale nie możesz, bo cię bolą nogi? Skąd ten ból w nogach? Czy gnane chciwością biegły może po wyboistej drodze? Lecz Słowo Boże uzdrawiało przecież i kulawych! Oto, powiadasz, nogi mam zdrowe, ale samej drogi nie widzę. On oświecił także ślepych!” – z komentarza św. Augustyna, biskupa, do Ewangelii św. Jana (Traktat 34, 8-9), źródło: http://tmoch.net/jupgrade/index.php/ciekawe-artykuly/pomoc-duchowa/789-sw-augustyn-chrystus-jest-droga-do-swiatla-prawdy-i-zycia.html

A jaką ja mam radę? Otóż jeśli Twój ksiądz chciał, chce, czy też dopiero będzie chciał Cię wciągnąć do jakiejś wspólnoty, to dobrze zrobisz, jeśli pozwolisz mu się poprowadzić, bo to Chrystus Cię ciągnie. Wystrzegaj się robienia tylko tego, co sam uważasz za stosowne. Raczej zaufaj, choćby wbrew sobie, a raczej szczególnie wbrew sobie. Wspólnoty Kościoła są bowiem zaprojektowane tak, by być miejscami wzrostu w wierze ku Bogu.

Ruch Światło-Życie, czyli ruch oazowy, którego częścią jest Domowy Kościół, został pomyślany przez ks. Franciszka Blachnickiego jako niemalże mechanizm przygotowujący ludzi do mistycznych nawróceń. A przynajmniej tak można uznać na podstawie książki „Sympatycy czy chrześcijanie?”, która zawiera zapis jego konferencji. Ks. Blachnicki podkreśla w nich słabość wiary szerokich mas dzisiejszych katolików, którzy niby wierzą i są ochrzczeni, ale żyją jak poganie, w niczym nie przypominając dawnych uczniów Jezusa, na widok których poganie mówili „patrzcie, jak oni się miłują”. Założyciel ruchu oazowego pragnie chociaż po części zaradzić temu zjawisku poprzez zaaplikowanie katolikom takiego samego procesu wtajemniczenia w życie chrześcijańskie, jakie w Kościele mają przechodzić dorośli chcący przyjąć chrzest. Słowem: ruch oazowy jest katechumenatem, tyle że skierowanym dla ludzi ochrzczonych. A jego celem jest doprowadzenie ich do spotkania z Jezusem. Jak to ujął ks. Blachnicki:

„(…) trzeba przeżywać swoje chrześcijaństwo jako osobistą relację do Chrystusa w Duchu Świętym. Jeśli ktoś nie zdobędzie tego osobistego stosunku do Chrystusa (…), to trudno mówić o dojrzałym chrześcijaninie. To jest próg, który trzeba przejść, żeby wejść w perspektywę dojrzałego życia chrześcijańskiego.”

Do tego właśnie służy pierwszy etap drogi oazowej, czyli ewangelizacja. I ja się w nią władowałem myśląc, że będę tam szerzył tradycjonalizm. Komedia. Chociaż Żona trochę tego tradycjonalizmu rozsiała nosząc mantylkę i długie spódnice.

Tak czy siak, dalszym etapem drogi w Ruchu Światło-Życie jest deuterokatechumenat, czyli formacja mająca prowadzić tych „nowo narodzonych” chrześcijan przez dłuższy okres czasu, póki się nie ogarną i nie staną bardziej dojrzali w swojej relacji z Duchem Świętym (w tej fazie znajduje się aktualnie moja nie do końca skromna persona). Wtedy następuje końcowy etap, zwany diakonią, czyli służbą. Jest to połączone z permanentną formacją oddawanie siebie na służbę Kościołowi i bliźniemu. I to tyle, „metanoite” plus „ora et labora”, ideał życia chrześcijańskiego.

Czasami czytam jednak na Internecie opinie, według których ruch oazowy jest „dobry na początek”, gdyż uczy znajomości Pisma Świętego i liturgii, ale nie oferuje żadnej możliwości wstąpienia na „wyższy stopień religijności”, gdyż kończy się on na, pff, służbie. Oczywiście piszą to ci, dla których ów „wyższy stopień religijności” to regularne uczestnictwo we Mszy św. Trydenckiej oraz zgłębianie przedsoborowej nauki Kościoła, ze szczególnym uwzględnieniem teologii św. Tomasza z Akwinu.

Odwołaniami do tej właśnie teologii zostałem dość mocno zbombardowany, gdy zacząłem rozpowiadać o swoim oazowym nawróceniu. Zresztą nic dziwnego, skoro tomizm był w zasadzie chroniącą przed herezjami zbroją Kościoła doby kontrreformacji, wydatnie pomagającą przetrwać także okres masońskich rewolucyj oświeceniowych. Zapragnąłem tedy poznać powody poglądów Akwinaty, którego myśl i życiorys wcześniej znałem jedynie pod kątem nauk moralnych, a nie ogólnych – chyba dlatego, że raziła mnie niechęć dzisiejszych tomistów wobec kreacjonizmu. Podczas lektury wiszących w Internecie artykułów (chyba nie spodziewaliście się, że ja – prostak – chcąc się czegoś szybko dowiedzieć będę czytał książki?) doznałem uczucia deja vu. Oto czytałem niemal dokładnie to samo, co pisali moi konserwatywni, katoliccy znajomi. I zrozumiałem dlaczego zaczęli traktować mnie jako odmieńca. Okazało się, że św. Tomasz z Akwinu nie znał Boga osobiście, jedynie szukał Go za pomocą rozumu. Dobrze ujęte zostało to na Wikipedii:

„Według Tomasza istnienie Boga nie jest prawdą oczywistą (propositio per se nota), nie wymagającą dowodzenia. Potrzebny jest dla niej dowód. Twierdząc tak, Tomasz stawał w opozycji do panującego w scholastyce przekonania, zrywał z tezą obozu augustyńskiego, dla którego Bóg był „jak najbardziej obecny w duszy ludzkiej”. Istnienie Boga nie jest dogmatem opartym na apriorycznym rozumowaniu; nie wynika ani z pojęcia prawdy, jak chciał Augustyn, ani z pojęcia doskonałego bytu, jak chciał Anzelm. Zarówno w dowodzie Augustyna, jak i Anzelma, Tomasz widział błędy. Przyznawał, że gdybyśmy znali istotę Boga, to pojęlibyśmy od razu, że istnieje. Nie pozostaje więc nic innego, jak oprzeć dowód istnienia Boga na doświadczeniu – mimo że w nim jest dany byt skończony i niedoskonały, bardzo daleki od Boga; niemniej jest to jedyna droga do „upewnienia się” o Jego istnieniu. Dowód istnienia Boga musi być aposterioryczny, musi wyprowadzać istnienie Boga nie z nieznanej nam Jego istoty, lecz ze znanych nam Jego dzieł.”

Rozumiecie? Facet, który nie znał Boga, rozsiadł się na katedrze i zaczął pouczać obcującego codziennie z Bogiem mistyka, że ów nic o Bogu nie wie! Po czym wziął się za dyktowanie skrybie opasłych tomów teologicznych. A co najzabawniejsze – wszystko to działo się zgodnie z Bożą wolą. Ktoś mówił, że Bóg nie ma poczucia humoru? A dalej jest jeszcze lepiej.

Otóż na trzy miesiące przed swoją śmiercią do bólu racjonalny św. Tomasz z Akwinu miał mistyczne objawienie, po którym porzucił prace nad trzecią częścią swego największego dzieła, „Sumy teologii”. Swojemu sekretarzowi, któremu dotychczas owo dzieło dyktował, wyznał:

„Reginaldzie, nie mogę! Nie mogę, ponieważ wszystko co napisałem, w porównaniu do tego co zostało mi objawione, wydaje się słomą.”

Skąd taka nagła zmiana? Ponoć podczas liturgii ukazał mu się Chrystus i przemówił do niego w ten sposób: „Dobrze o Mnie pisałeś, Tomaszu. O co chciałbyś Mnie prosić?” – na co ów odpowiedział: „O nic, prócz Ciebie samego, Panie.” Objawione mu wtedy tajemnice były tak wielkie, że wszystkie jego dotychczasowe dzieła, pomimo pozytywnej recenzji samego Chrystusa, wydały mu się bezwartościowe. Okazało się, że rozumowe dociekania są niczym w porównaniu do płynącej od Boga iluminacji. Choć moralnie i intelektualnie nie dorastam Akwinacie nawet do połowy pięty, a jego doświadczenie mistyczne było z pewnością o wiele głębsze od mojego (nie mam wizji, nie słyszę głosów i nadal mam ochotę pisać), to rozumiem jego reakcję. Św. Paweł Apostoł ładnie to ujmuje:

„Ale to wszystko, co było dla mnie zyskiem, ze względu na Chrystusa uznałem za stratę. I owszem, nawet wszystko uznaję za stratę ze względu na najwyższą wartość poznania Chrystusa Jezusa, Pana mojego. Dla Niego wyzułem się ze wszystkiego i uznaję to za śmieci, bylebym pozyskał Chrystusa i znalazł się w Nim” – św. Paweł w Liście do Filipian 3, 7-11

Można tu dorzucić dobry cytat ze św. Franciszka Salezego:

„Powiedzże mi, na Boga, kto kochał Boga więcej: teolog Ockham, którego nazywali niektórzy najprzenikliwszym z ludzi, czy św. Katarzyna z Genui, nieuczona niewiasta? Tamten znał Boga lepiej poprzez rozumowanie, ta znała Go przez doświadczenie, i doświadczenie zaprowadziło ją na wyżyny seraficznej miłości, podczas gdy tamten z całą swoją wiedzą pozostał daleko w tyle za tak niezwykłą doskonałością.”

Na łożu śmierci św. Tomasz z Akwinu, niepewny słuszności swoich dociekań, wyznał przed Hostią: „Mam nadzieję, że nigdy nie nauczałem żadnej prawdy, której nie nauczyłbym się od Ciebie. Jeśli przez niewiedzę uczyniłem odwrotnie, unieważniam wszystko i podporządkowuję wszystkie moje pisma sądowi Świętego Kościoła Rzymskiego”. Jak wiemy, Kościół obdarzył teologię Akwinaty dużym uznaniem, podobnie jak sam Chrystus, który potwierdził to później w objawieniach Św. Katarzyny ze Sieny takimi słowy: „Chwalebny Tomasz z Akwinu rzekł sam, że wiedzę swą zawdzięcza bardziej ciągłej modlitwie, uniesieniu umysłu oraz światłu, które rozjaśniało bezpośrednio jego intelekt niż studiom ludzkim. Toteż był światłem, które umieściłem w ciele mistycznym świętego Kościoła, aby rozpraszało ciemności błędu”. Zaprawdę, było tak: teologia Św. Tomasza, niczym słoma, została przez obrońców Kościoła użyta jako podpałka pod stosy, na których płonęli najróżniejsi szerzyciele błędów. To właśnie dlatego gorącym uczuciem darzą myśl Akwinaty wszelkiego rodzaju katoliccy tradycjonaliści. I to właśnie dlatego gotowi są jej strzec jak oka w głowie – zapominając, że przecież strzegą czegoś, co – jak potwierdza sam św. Tomasz – przy osobistym poznaniu Chrystusa jest mało wartościowe. Problem polega na tym, że słysząc „osobiste poznanie Chrystusa”, nienawróceni sercem tradycjonaliści od razu myślą o protestanckich herezjach. W obronie myśli Akwinaty ignorują Jego największe Odkrycie, którego często po prostu nie znają.

Ale nie tylko oni Go nie znają. Nienawróceni sercem przedstawiciele „katolewicy” są im podobni. Jako przykład może służyć Józef Majewski z „Tygodnika Powszechnego”, który w artykule „Mgła niewiedzy”, prócz rozdzierania szat nad tym, iż filozofia Św. Tomasza z Akwinu stała się „najwyższym kryterium ortodoksji katolickiej i narzędziem zwalczania inaczej myślących i wierzących”, przyznaje się również do tego, iż nie zna Chrystusa:

„Jezus Chrystus — uczy wiara — jest pełnią objawienia Bożego (…) Ale Jezus Chrystus jest także człowiekiem, a zatem objawia Boga jako człowiek. A jako człowiek jest istotą skończoną i ograniczoną, zakorzenioną w konkretnym środowisku językowym, kulturowym i historycznym, i tylko w taki skończony i ograniczony, uwarunkowany językowo, kulturowo i historycznie sposób jest w stanie objawiać Boga. Ograniczenie objawienia Boga w Jezusie Chrystusie polega i na tym, że dane jest nam ono tylko w ograniczonym doświadczeniu, spojrzeniu i słowie świadków Jego słów i czynów.”

Jest to nieprawda, jak wie każdy, komu Chrystus realnie daje poznać swoją Obecność. Jest to błąd podobny do używania czasu przeszłego w dyskusjach o Jezusie: że był taki lub inny, bo coś tam. Otóż On nie BYŁ. On JEST. Tu i teraz, żywy i prawdziwy. I faktycznie dostępny dla tego, kto Go szuka, o czym przekonał się św. Tomasz z Akwinu, o czym przekonałem się ja i o czym na przestrzeni ostatnich dwóch tysięcy lat przekonały się zapewne miliony chrześcijan. A inne miliony nie. Nie żeby to było coś złego. Nie każdy musi być mistykiem. Zbawienie nie zależy przecież od posiadania głębokiej, osobistej relacji z Chrystusem, ale od Łaski Bożej otrzymywanej pod zwykłymi warunkami. Jednakże przyznać należy, że bez owej relacji życie jest zdecydowanie cięższe i bardzo odległe od chrześcijańskiego ideału.

Aby wiedzieć jak bardzo, wystarczy dokonać prostego porównania. Spójrzmy na promieniujące miłością i pokojem życie niedawno zamordowanej w Boliwii, polskiej wolontariuszki misyjnej, śp. Heleny Kmieć, która radośnie ofiarowywała swój czas i wysiłek na niesienie pomocy bliźnim. Ludzie, którzy mieli z nią kontakt, już wieszczą wyniesienie jej na ołtarze – i to nie za jej śmierć, ale za jej życie. I to życie porównajmy teraz z kilkoma przykładowymi zachowaniami, na które ja i moi tradycjonalistyczni znajomi poświęciliśmy spory kawał naszego życia:

  • spieranie się godzinami o to co katolikowi wolno, a czego nie wolno
  • masowe najazdy na „posoborowe” grupy i profile na facebooku w celu wytykania innym katolikom, w tym księżom, ich rzekomych lub faktycznych błędów
  • śmianie się do rozpuku z tego jak „najeżdżani” reagują
  • fantazjowanie o stosowaniu przemocy wobec heretyków, niewierzących i pogan
  • wyrażanie pogardy wobec radosnego przeżywania wiary katolickiej
  • zarzucanie katolickim charyzmatykom, że są opętani przez diabła
  • sianie zamętu wśród szukających Boga katolików za pomocą trollerskich wrzutek
  • celowe irytowanie niewierzących, protestantów i innowierców za pomocą prowokacji i głupawych memów
  • wyrażanie niekłamanej miłości wobec dawnych strojów liturgicznych, proporcjonalnie do ilości znajdujących się na nich ozdób i trupich czaszek
  • rzucanie ekskomunikami własnej roboty na lewo i prawo
  • przeklinanie, obrażanie rozmówców za pomocą najróżniejszych epitetów
  • sarkastyczne parodiowanie „posoborowego” zarzutu o braku miłości w naszych sercach
  • szydzenie z opinii, iż rolą katolika jest posiadanie relacji z Chrystusem i niesienie Ewangelii, a nie obrona Kościoła przez złym światem
  • sugerowanie, że Kościół kierowany jest przez głupców, a my pokierowalibyśmy nim lepiej

Co te zachowania mają wspólnego z chrześcijańską, pełną miłości i poświęcenia postawą zamordowanej misjonarki? Przyznacie, że niewiele. Według Tertuliana poganie na widok chrześcijan mówili „patrzcie, jak oni się miłują”. Czy to samo mówią niewierzący o naszym środowisku tradycji katolickiej? A jeśli nie mogą tego powiedzieć o naszym środowisku, to o którym katolickim środowisku mogą to powiedzieć? Warto się nad tym zastanowić. I nad tym co Cyraniak – ze swoją nowo zdobytą, duchową wiedzą – ma czynić, gdy widzi takie skandaliczne i nie licujące z chrześcijaństwem zachowania nadal podejmowane przez swoich znajomych.

Właśnie dlatego przez ostatnie dwa lata co i rusz czegoś się „czepiam”. Wiem, że mógłbym to robić z większą łagodnością i w lepszym stylu, ale lata formacji tradycjonalistyczno-śmieszkistowskiej robią swoje. Jestem bucem i trollem internetowym, więc mam styl wypowiadania się buca i trolla internetowego. Zanim ten styl zniknie, minie zapewne jeszcze wiele lat, a w tym czasie „macie mnie takiego, jakiego mnie wychowaliście”. Widziałem jednak, że czasami to mój „stary człowiek” próbuje tradycjonalistów przekonywać do „nowego”. W takich momentach znikałem z Internetu na całe tygodnie, bo wiedziałem, że więcej zaszkodzę, niż pomogę. W zasadzie, przez ostatnie dwa lata więcej mnie na facebooku nie było, niż byłem. Teraz wracam, wraz z dokończonym w ciągu ostatniego miesiąca świadectwem, gdyż wiele osób nagle zaczęło mnie o nie cisnąć. I to akurat w czasie, gdy Żona z dwójką młodszych dzieci są na miesięcznych wakacjach zimowych w USA, a ja nie zaniedbując dwójki starszych mogłem wygospodarować sporo czasu na pisanie. Nie ma przypadków, są tylko znaki. Wracam tedy, by głosić w porę i nie w porę pewną prawdę…

„Poprzez miłość zanosimy prośby [o zrozumienie], poprzez miłość szukamy, poprzez miłość pukamy, poprzez miłość jest nam objawiane, poprzez miłość, w końcu, w tym, co zostało objawione pozostajemy.” – św. Augustyn w „O obyczajach Kościoła Katolickiego i obyczajach manichejczyków”

„Jeżeli chodzi o pokarmy składane bożkom w ofierze [czy cokolwiek innego – przyp. JC], to oczywiście wszyscy posiadamy wiedzę. Lecz wiedza wbija w pychę, miłość zaś buduje. Gdyby ktoś mniemał, że coś wie, to jeszcze nie wie, jak wiedzieć należy.” – Pierwszy List do Koryntian 8, 1-2

Nie tedy poprzez wiedzę, ale poprzez miłość poznajemy i jesteśmy budowani. A co jest w naszych sercach? Miłość? Oto próbka naszej, tradycjonalistycznej „mowy od serca”, pochodząca z tablicy jednego z czołowych przedstawicieli naszego środowiska. Nie odcinam się od niej, mój „dawny człowiek” z łatwością odnajduje tam również swoje własne uczucia:

„Jak widzę zewsząd bombardujące mnie uśmiechy, jak czuję na sobie społeczny przymus uśmiechania się i bycia miłym w każdej sytuacji (choćby mi cąła rodzina pomarła), jak gdzie nie kliknę, uśmiechają się do mnie wesołe, nęcące zapachem sukcesów modelki i korposzczury, to mam ochotę wyjść na ulicę i zabijać. Mam wrażenie, że każda reklama z uśmiechniętym zombie i każda sytuacja wymagająca urzędowej uprzejmości zamiast zimnego załatwienia biznesu (i papa), to lepiące się do mnie gówno i fałsz tego świata. I to jest mój problem natury religijnej – bo powinno się z Wiary odczuwać radość i na tym fundamentalnym poziomie chyba takową odczuwam – jako spokój i równowagę ducha, zorientowanie na cel, nadzieję. Ale w wymiarze wewnętrznym moją obroną przeciwko temu światu jest wkur..zenie i pogarda. Po prostu nie widzę tutaj nic innego, jak nierozwiązywalny dylemat: Popieprzony świat jest z siebie zadowolony, a nie ma prawa być, bo jest po prostu urządzony głupio. Jak np. To, że znowu dopłacę do prądu (oraz do uchodźców), mimo, że jestem przecież miejscowym biedakiem i do mnie powinna stosować się sprawiedliwość społeczna. I mam się uśmiechać jeszcze? A idźcie w cholerę! Ja żądam prawa do urzędowego gardzenia tym światem!”

Wyobrażacie sobie, żeby taką mowę strzeliła śp. Helena Kmieć? Ja nie.

„Przecież z obfitości serca usta mówią. Dobry człowiek z dobrego skarbca wydobywa dobre rzeczy, zły człowiek ze złego skarbca wydobywa złe rzeczy.” – Ewangelia św. Mateusza 12 34-35

Jest taki mem, na którym mężczyzna w garniturze mówi do Chrystusa: „Proszę Jezu, ochroń mnie przed swoimi wyznawcami”. Czy ktoś tworzyłby takie memy, gdyby wszyscy katolicy byli tacy, jak owa zamordowana wolontariuszka? Może więc to my jesteśmy „tymi złymi”?

Mam taką teorię, że my, prawicowcy XXI wieku, jesteśmy po prostu obrażeni na świat, a motywy naszego postępowania to głównie nieuświadomiony egoizm oraz uświadomione frustracja i przekora. Jak u będącego społecznym wyrzutkiem bohatera filmu „Angry Birds”. Równie dobrze to on mógłby napisać cytowaną powyżej wypowiedź. I tak, wiem, w filmie to on miał rację. Ale nie jesteśmy w filmie.

A jeśli ktoś w powyższą teorię o nas, prawicowcach nie wierzy, to niech spojrzy na liczbę katoprawicowych polubień i udostępnień mojej recenzji tego filmu, którą rozpoczynam takiemi słowy: „Powiedzieć, że fiński film „Angry Birds” jest prawicowy, to mało powiedzieć. W zasadzie, jest to umiarkowanie nazistowski manifest wojowniczej męskości. Główny bohater (Czerwony) to typowy, prawicowy przegryw życiowy: nienawidzący swojej pracy, zafascynowany męstwem legendarnych bohaterów patriota, odrzucony przez pławiące się w rozrywce i dobrobycie, liberalne społeczeństwo konsumpcyjne, ale i sam je odrzucający, sfrustrowany niezrozumieniem, ale i pogodzony z tym, iż nikt go nie rozumie.” (źródło: https://www.facebook.com/photo.php?fbid=10153658702541009)

Jakiś czas temu popularny zrobił się w sieci mem ukazujący rysunkową blondynę oraz krzyżowca. Przy blondynie było napisane „inni ludzie: sex, narkotyki, alkohol, imprezy, zakupy, chłopaki, rap”, a przy krzyżowcu „ja: Bóg, rycerskość, europejska kultura, wiara w wieczne ideały”. Mem wydaje się być niekompletny, przeto do „ja” dodałem „frustracja” oraz „siedzenie w piwnicy”, a obok wstawiłem zdjęcie uśmiechniętej, grającej na gitarze Heleny Kmieć z podpisem „chrześcijanie: Jezus, miłość, pokój, dobroć, radość, służba bliźniemu”.

Może kiedyś wrzucę tego przerobionego mema na facebooka, gdy minie nieco więcej czasu od jej śmierci. Tymczasem pokazałem go dzieciom, bo nie chcę, by wyrosły na katolickich prawicowców. Chcę, by wyrosły na katolickich uczniów Jezusa.

CZĘŚĆ X: teksty pomocnicze

Na koniec wrzucam garść bardzo cennych cytatów, które mogą się przydać po lekturze mojego świadectwa (ostatni z nich w sumie też jest mój). Jeśli ktoś dotarł aż tutaj, to te kilka dodatkowych akapitów chyba nie będzie dlań zbyt wielką udręką.

Po pierwsze, fragment przypisywanego Justynowi Listu do Diogneta z II wieku, którego lekturę poleca mój proboszcz:

„Chrześcijanie nie różnią się od innych ludzi ani miejscem zamieszkania, ani językiem, ani strojem. Nie mają bowiem własnych miast, nie posługują się jakimś niezwykłym dialektem, ich sposób życia nie odznacza się niczym szczególnym. Nie zawdzięczają swej nauki jakimś pomysłom czy marzeniom niespokojnych umysłów, nie występują, jak tylu innych, w obronie poglądów ludzkich. Mieszkają w miastach helleńskich i barbarzyńskich, jak komu wypadło, stosując się do miejscowych zwyczajów w ubraniu, jedzeniu, sposobie życia, a przecież samym swoim postępowaniem uzewnętrzniają owe przedziwne i wręcz paradoksalne prawa, jakimi się rządzą. Mieszkają każdy we własnej ojczyźnie, lecz niby obcy przybysze. Podejmują wszystkie obowiązki jak obywatele i znoszą wszystkie ciężary jak cudzoziemcy. Każda ziemia obca jest im ojczyzną i każda ojczyzna ziemią obcą. Żenią się jak wszyscy imają dzieci, lecz nie porzucają nowo narodzonych. Wszyscy dzielą jeden stół, lecz nie jedno łoże. Są w ciele, lecz żyją nie według ciała. Przebywają na ziemi, lecz są obywatelami nieba. Słuchają ustalonych praw, z własnym życiem zwyciężają prawa. Kochają wszystkich ludzi, a wszyscy ich prześladują. Są zapoznani i potępiani, a skazani na śmierć zyskują życie. Są ubodzy, a wzbogacają wielu. Wszystkiego im nie dostaje, a opływają we wszystko. Pogardzają nimi, a oni w pogardzie tej znajdują chwałę. Spotwarzają ich, a są usprawiedliwieni. Ubliżają im, a oni błogosławią. Obrażają ich, a oni okazują wszystkim szacunek. Czynią dobrze, a karani są jak zbrodniarze. Karani radują się jak ci, co budzą się do życia. Żydzi walczą z nimi jak z obcymi, Hellenowie ich prześladują, a ci , którzy ich nienawidzą, nie umieją powiedzieć, jaka jest przyczyna tej nienawiści. Jednym słowem: czym jest dusza w ciele, tym są w świecie chrześcijanie. Duszę znajdujemy we wszystkich członkach ciała, a chrześcijan w miastach świata. Dusza mieszka w ciele, a jednak nie jest z ciała i chrześcijanie w świecie mieszkają, a jednak nie są ze świata. Niewidzialna dusza zamknięta jest w widzialnym ciele i o chrześcijanach wiadomo, że są na świecie, lecz kult, jaki oddają Bogu, pozostaje niewidziany. Ciało nienawidzi duszy i chociaż go w niczym nie skrzywdziła, przecież z nią walczy, ponieważ przeszkadza mu w korzystaniu z rozkoszy. Świat też nienawidzi chrześcijan, chociaż go w niczym nie skrzywdzili, ponieważ są przeciwni jego rozkoszom. Dusza kocha to ciało, które jej nienawidzi, i jego członki. I chrześcijanie kochają tych, co ich nienawidzą.”

Dla odważnych także wcześniejszy fragment tego samego tekstu, ale mówiący o różnicach między chrześcijaństwem, a religią żydowską:

„III. 1. Teraz z kolei, jak sądzę, najbardziej pragniesz usłyszeć, czym różni się religia chrześcijańska od żydowskiej.
2. Żydzi mają niewątpliwie rację, kiedy stronią od bałwochwalstwa, o jakim mówiłem, a wierzą w Boga jedynego i czczą Go jako Pana wszechświata. Błądzą wszakże, kiedy oddają Mu kult w podobny sposób, jak czynią to właśnie poganie.
3. Przynosząc ofiary bożkom głuchym i nic nie czującym, Hellenowie dowodzą swej bezmyślności. Żydzi, którzy składają je Bogu jakby mógł on takich darów potrzebować, powinni wreszcie zrozumieć, że postępują nie pobożnie, ale głupio.
4. Ten bowiem, kto stworzył niebo i ziemię i wszystko, co na nich istnieje , a wszystkich nas obdarza tym, czego potrzebujemy, sam nie może potrzebować niczego z owych dóbr, jakich użycza ludziom mniemającym, że to oni Go obdarzają.
5. Nie widzę żadnej różnicy między ludźmi sądzącymi, że właściwym hołdem dla Boga jest składanie Mu ofiar z krwi, dymiącego tłuszczu i całopaleń, a tymi, co w taki sam sposób okazują swoją pobożność głuchym bożkom niezdolnym z owej czci korzystać. Wyobraź sobie, że można dać coś Temu, który niczego nie potrzebuje!…
IV. 1. Co zaś do ich skrupułów dotyczących pokarmów, przesądnego zachowywania szabatu, zarozumiałości z powodu obrzezania, obłudy ich postów i świętowania pierwszych dni miesiąca, rzeczy zgoła śmiesznych i niewartych nawet wspomnienia, nie przypuszczam, byś potrzebował w tych sprawach moich wyjaśnień.
2. Czyż bowiem spośród tego, co Bóg stworzył na użytek człowieka, godzi się wybierać jedno, jako dobrze stworzone, inne zaś odrzucać, jako niepotrzebne i zbyteczne?
3. Czyż nie jest bezbożnością spotwarzać Boga twierdząc fałszywie, że nie pozwala On czynić dobrze w dzień szabatu?
4. Czyż nie jest śmieszne chlubić się okaleczeniem ciała, jakby to był znak wybrania, który sprawia, że są szczególnie mili Bogu?
5. A kiedy obserwują gwiazdy i księżyc, żeby należycie przestrzegać dni i miesięcy, kiedy według swych własnych upodobań wyznaczają plany Boże i odpowiednie pory czy to na święto, czy na pokutę – któż by upatrywał w tym dowodu pobożności, a nie przede wszystkim głupoty?
6. Chrześcijanie postępują zatem słusznie powstrzymując się od powszechnych błędów i bezmyślności, jak również od skrupulatnego rytualizmu i zarozumiałości Żydów. Sądzę, iż wyjaśniłem ci to w sposób wystarczający, Jeśli idzie o tajemnicę ich własnej religii, nie spodziewaj się, że poznasz ją z ust człowieka.”

Całość: http://opusdei.pl/pl-pl/article/list-do-diogneta/

Fragmenty wywiadu z ks. Jerzym Szymikiem pt. „Benedykt XVI był prorokiem”:

„Po prostu: zachować kościelność wiary katolickiej i obronić prymat Boga przed człowiekiem i przed wszystkim innym. Ta linia musi jednak biec równoległe z nieustanną zdolnością nawracania się. Trzymając pierwszą linię, mocnej wierności, łatwo stać się twardym i zawziętym, niedostrzegającym własnego grzechu i własnej konieczności nawrócenia. Granica między złem i dobrem przebiega bowiem przez nasze serca, przez moje serce – a nie między ludźmi. Nieustannie oddzielać ziarno od plew. Prowadzi nas w tym Słowo Boże i kształtowane pod jego wpływem sumienie. (…)

Mówi wprost: zwycięstwo z nihilistyczną i ateistyczną kulturą można odnieść tylko przez coś więcej, przez modlitwę, ofiarę, zgodę na współcierpienie z Chrystusem i świętość. Przy czym bardzo jasno podkreśla, że „świętość nie polega na biciu rekordów w osiąganiu cnoty, lecz na kochaniu wraz z Jezusem”. Jeśli chodzi o modlitwę i egzystencjalną głębię, widać, że jest on spadkobiercą tego, co u nas niezbyt znane, a jednocześnie najlepsze w niemieckiej religijności i teologii. Jest niesłychanie twórczy, myśl jest świeża, nigdy nie jest konformistyczna – ani według tego, co „konserwatywne”, ani wobec tego, co „postępowe”. On nie jest niczyim zakładnikiem – poza Bogiem. Zdaje się, że Benedykt XVI jest tu kontynuatorem wielkiej duchowej drogi mistyków nadreńskich. (…)

W jego pismach bardzo często jest mowa o zażyłości z Bogiem. W „Światłości świata” mówi Peterowi Seewaldowi, że w sumie za dużo się nie modli, że chciałby więcej, ale jest z Panem w dość zażyłych relacjach. Według Ratzingera modlitwa to pewien rodzaj przyzwyczajenia do Boga, pozwalającego nabrać zwyczajów Boga… Świetne, prawda?”

Całość: http://www.rp.pl/prorokratzinger#ap-12

Z artykułu ks. Pawła Bajgera pt. „Chcesz być mistykiem? Wolna droga – oto, jak zacząć”:

„Człowiek powołany jest do pełnego zjednoczenia z Bogiem i już na ziemi może doświadczyć Jego bliskości i mocy, niekoniecznie za sprawą objawień, lewitacji czy innych darów nadzwyczajnych. Określenie „mistykos” pochodzi z języka greckiego i oznacza rzeczywistość tajemniczą, najczęściej o charakterze sakralnym, religijnym. Wskazuje na tajemnicę działania łaski w duszy. A zatem każde nasze doświadczenie Boga, spotkanie z Nim jest pewną formą mistyki. Znany niemiecki teolog, Karl Rahner powiedział, że chrześcijanie XXI wieku albo będą mistykami, albo ich wcale nie będzie. To mocne słowa, które dają wiele do myślenia, a jednoczenie pokazują, że nasze życie musi być po prostu mocno skoncentrowane na Chrystusie; nasza wiara, religijność nie mogą być powierzchowne.”

Całość: http://www.fronda.pl/a/chcesz-byc-mistykiem-wolna-droga-oto-jak-zaczac,60981.html

Papież Franciszek w rozmowie z generałami zakonów męskich na temat religijności restauracjonistycznej:

„Nie twierdzę, że nie powinno być nowych zgromadzeń zakonnych. W żadnym wypadku, ale w niektórych wypadkach stawiam sobie pytanie o to, co się dzisiaj dzieje. Niektóre z nich wydają się wielką nowością, wydaje się w nich przejawiać wielka moc apostolska, pociągają wielu ludzi, a potem… upadają. Niekiedy odkrywa się, że stoją za tym jakieś skandale… Istnieją małe nowe zgromadzenia, które są naprawdę dobre i pracują poważnie. Widzę, że za tymi dobrymi nowymi zgromadzeniami są też niekiedy ugrupowania biskupów, którzy im towarzyszą i zapewniają im wzrost. Ale są też i inne, które rodzą się nie z charyzmatu Ducha Świętego, lecz z charyzmatu ludzkiego, z człowieka charyzmatycznego, który pociąga innych, bo potrafi ich zafascynować. Niektóre są, by tak powiedzieć, «restauracjonistyczne», wydają się dawać bezpieczeństwo, a w rzeczywistości dają tylko rygoryzm. Kiedy mi mówią, że jakieś zgromadzenie ma dużo powołań, to muszę przyznać, że zaczynam się niepokoić. Duch nie działa według logiki ludzkiego sukcesu, działa inaczej. A oni mówią mi: jest tak wielu młodych zdecydowanych na wszystko, tak dużo się modlą, są bardzo wierni. A ja sobie mówię: «dobrze, zobaczymy, czy jest w tym Pan». Ponadto niektórzy z nich to pelagianie: chcą powrócić do ascezy, czynią pokutę, wydają się żołnierzami gotowymi na wszystko, by bronić wiary i dobrych obyczajów…. a potem wychodzi na jaw skandal z udziałem założyciela czy założycielki. Znamy to, nieprawdaż? Styl Jezusa jest inny. Duch Święty narobił hałasu w Dniu Pięćdziesiątnicy, na początku. Ale zazwyczaj, nie robi wiele hałasu, niesie krzyż.”

Całość: http://franciszkanska3.pl/aktualnosci/ujawniono-zapis-rozmowy-papieza-z-generalami-zakonow-meskich

O. Jacek Salij OP, „Nadzieja poddawana próbom”, wiszący na Internecie fragment pt. „Ogień czyśćcowy”, który dobrze opisuje oczyszczające działanie Bożego Ognia:

„Pora na najważniejszą część tego listu. Otóż jestem głęboko przekonany, że wszelkie rozważania o naszej sytuacji pośmiertnej byłyby jałowym i bezczelnym wymądrzaniem się, gdyby nie pomagały nam w głębszym zrozumieniu naszej obecnej sytuacji wobec Boga. Również nad naturą ognia czyśćcowego warto się zastanawiać przede wszystkim dlatego, ażeby już w życiu obecnym zanurzyć się jak najwięcej w świętym ogniu Bożej obecności. Obecnie możemy znieść zaledwie odrobinę tego ognia, ale już teraz możemy doznać obu jego działań. Bo z jednej strony jest on ogniem rozkoszy, rozpalającym w nas coraz więcej miłość Bożą, z drugiej strony jest ogniem błogosławionego bólu, ogniem niszczącym tego nieprzyjaciela Bożego, który wciąż jeszcze siedzi chyba w każdym z nas.
O pierwszym działaniu tego ognia Bożej obecności pięknie powiedział św. Augustyn (� 430), komentując słowa psalmu: „Od blasku Jego obecności rozżarzyły się węgle ogniste” (Ps 18,13). Słowa Augustyna są proste, ale mówią właściwie wszystko: „Ci, którzy już byli martwi i pozbawieni ognia dobrych pragnień oraz światła sprawiedliwości, odżyli znowu i zostali zapaleni i oświeceni” (Objaśnienie Psalmu 17,9). Tutaj każdy z nas mógłby tylko zapytać samego siebie, czy ten Boży ogień już się we mnie pali. Bo może wciąż jeszcze — jak to nieraz śpiewamy — „nasze serca zimne jak lód”?

Jeśli jednak pali się już we mnie ten Boży ogień, to z pewnością będzie też mnie oczyszczał. Przynajmniej zaczątkowo. Orygenes (� 254), komentując cytowane już w tym liście zdanie (Hbr 12,29), zauważa: „Bóg trawi wprawdzie i niszczy, ale niszczy złe myśli, niszczy haniebne uczynki, niszczy grzeszne pragnienia — przez to, że przenika umysły wiernych oraz dusze, które są zdolne do przyjęcia Jego Słowa i Mądrości” (O zasadach 1,1,2). „Bóg jak ogień — pisze tenże Orygenes w innym swoim dziele — trawi zło oraz wszystko, co ze zła pochodzi, a co grzesznik na postawionym już fundamencie duchowym buduje — mówiąc symbolicznie — z drewna, siana i słomy” (Przeciw Celsusowi 4,13).

Niestety, tutaj właśnie leży powód wielu naszych ucieczek od Boga. Tak przywykliśmy do swojej grzeszności, że chronimy ją nieraz, jakby była największym skarbem, jakby właśnie ona była źródłem naszej osobowej tożsamości. Boimy się zbytnio zbliżać do Boga, bo czujemy podświadomie prawdę słów, że „jak wosk się rozpływa w ogniu, tak giną przed Bogiem grzesznicy” (Ps 68,3). A my — niby to chcemy, żeby ten stary grzesznik we mnie zginął — ale zarazem boimy się, że to będzie bolało. I w ten sposób ani Bogu nie jesteśmy oddani całkowicie (niestety!), ani też (na szczęście!) całkowicie od Niego nie odchodzimy.

Po prostu nie umiemy docenić, jak wielka to szansa, że już teraz Bóg chce nas napełniać swoją obecnością, która niszczy to, co na zniszczenie zasługuje, i rozpala taką miłością, która już naprawdę kocha „z całego serca, z całej duszy, ze wszystkich sił i myśli”.
Zakończę ten list niezwykle głęboką intuicją, jaką na temat ognia czyśćcowego sformułowała szwajcarska mistyczka, żyjąca w naszym XX wieku (nawiasem mówiąc, konwertytka z protestantyzmu), Adrienne von Speyr: „Pierwszy krok przez ogień czyśćcowy, zgoła najboleśniejszy, to poznanie własnych grzechów. Nic tu nikomu nie zostaje oszczędzone, poznanie musi być całkowite, dopiero potem na jego miejsce zjawia się modlitwa, a wreszcie ulega ono wymazaniu za sprawą modlitwy wysłuchanej; poznanie wprawdzie zostaje, ale już nie boli. (…) To jedno pozostaje w ogniu czyśćcowym — a może dopiero w nim się rodzi: modlitwa. I kiedy modlitwa już tylko powstaje przeciwko grzechowi — grzechowi w ogóle, nie tylko własnemu, gdyż grzech ucieleśnia cierpienia Chrystusa — zostaje wysłuchana, przyjęta i staje się wyzwoleniem — nie tylko z grzechu, ale i z wszystkich jego pęt, i jest to zarazem koniec czyśćca. Droga może być wprawdzie jeszcze długa, ale drzwi tylko jedne. Modlitwa, która przed chwilą była jeszcze błaganiem, zmienia się w pieśń uwielbienia, towarzyszy duszy — oczyszczonej w ogniu — w drodze z czyśćca do nieba. Do Chrystusa żadna dusza nie dotrze inaczej niż w rozmodleniu”.”

Całość: http://www.opoka.org.pl/biblioteka/T/TD/nadzieja/ogien.html

Fragment wpisu z bloga „Templum Christi” pt. „Jak długo mam was cierpieć”, będący komentarzem dla wizerunku Jezusa-hippisa siedzącego jak na „Ostatniej Wieczerzy” w gronie wyglądającym na osiedlowych chuliganów:

„Obrazy przedstawiające apostołów w sposób realistyczny, tzn. oddający rzeczywistość tamtych czasów, oszukują nas i sprawiają, że budujemy sobie fałszywy obraz Boga i wydarzeń Ewangelii. Przez to, że starają się powierzchownie naśladować prawdę, w istocie się od niej oddalają. Patrząc bowiem z dzisiejszej perspektywy, widzimy w apostołach poważnych ludzi z brodami, w tunikach, którzy budzą w nas podziw. Ale tak nie było. Współcześni im widzieli w nich zupełnie coś innego. To właśnie dlatego, na przestrzeni wieków, co lepsi artyści przedstawiali wydarzenia Ewangelii w obrębie kanonów kultury w jakiej żyli. Dzięki temu oglądający je, mogli dotrzeć do istoty sprawy, którą powierzchowne naśladownictwo w sztuce zaciemnia zamiast rozjaśniać.

Apostołowie jawili się Faryzeuszom i uczonym w Piśmie jako szemrane towarzystwo i budzili raczej odrazę lub co najmniej niechęć. Przypominali bandę dziwaków z marginesu społecznego, pod przywództwem syna jakiegoś rzemieślnika, któremu najwyraźniej kompletnie odbiło. Co więcej, ich charaktery nie zmieniły się w radykalny sposób po przyłączeniu się do naszego Pana. Ich złe nawyki pozostały, nie doznali też nagłego oświecenia i mieli raczej trudność w zrozumieniu tego, co im Jezus wykładał. Jan i Jakub chcieli by spłonęła wioska, w której ich nie przyjęto, Judasz zdradził, Piotr się trzykrotnie zaparł, mieli problemy z uzdrawianiem i sam Chrystus powiedział, że trudno mu ich ścierpieć (por. Mt17,17). Popełniali błędy i grzeszyli, co tym bardziej musiało gorszyć ludzi wokół, bo najwyraźniej nawet ten, kto deklarował się jako wcielony Bóg, nie miał nad nimi całkowitej kontroli.

Oto jest prawdziwy obraz wiary – Bóg przychodzący do grzesznych, chorych i ułomnych, a nie zdrowych i doskonałych. Dlaczego więc o tym wciąż zapominamy? Jeśli gorszą nas grzechy innych wierzących, jeśli gorszą nas przedstawienia Chrystusa w otoczeniu współczesnych nam ludzi marginesu, to przecież tak samo gorszyć musiały by nas wydarzenia Ewangelii, gdybyśmy w nich uczestniczyli. Wyobrażanie sobie, że apostołowie byli jakimiś doskonałymi, wypowiadającymi się elokwentnie, nobilitowanymi osobistościami w pięknych powłóczystych szatach, jest fałszowaniem rzeczywistości.”

Całość: http://templumchristi.pl/jak-dlugo-mam-was-cierpiec/

I znów nieoceniona św. Teresa z Ávila i parę fragmentów o nawróceniu, o relacji rozumu i duchowego poznania, o pułapkach szatana, o tym jak Bóg pułapki szatana obraca ku dobremu, a także o Bożej Obecności z Księgi Życia:

„5. To, co powiadam, że “dusza nie powinna piąć się wyżej, dopóki Bóg jej nie podniesie”, jest to sposób mówienia duchowy; rozumie to, kto ma w tych rzeczach niejakie doświadczenie; kto by po tym co powiedziałam, nie rozumiał, temu ja rzeczy jaśniej wytłumaczyć nie potrafię. W stanie teologii mistycznej, o której zaczęłam mówić wyżej, ustaje działanie rozumu, bo Bóg sam je zawiesza, jak to później jeszcze objaśnię dokładniej, o ile potrafię i o ile Pan raczy mi ku temu użyczyć łaski swojej. Dlatego właśnie mówię, że nie powinniśmy się porywać na to ani myśleć o tym, byśmy sami (s.200) zdołali sprawić w sobie takie zawieszenie działania rozumu, przeciwnie, powinniśmy nie przerywać działania jego, i rozumowaniem pomagać sobie do rozmyślania: inaczej pozostaniemy tępi i zimni i ani jednego, ani drugiego nie dokażemy. Gdy Pan zawiesza rozum i zatrzymuje działanie jego, daje mu też zarazem czym się zająć i nad czym się zdumiewać, za czym bez rozumowania więcej zrozumie w przeciągu jednego Wierzę, niż my wszelką pilnością i usilnością zdołalibyśmy zrozumieć przez lat wiele. Ale chcieć samemu tak zająć władze duszy i zatrzymać przyrodzone ich działanie, to dzieciństwo i nierozum. Jest w tym, powtarzam, pewien brak pokory, nieświadomy zapewne i bez winy, ale nie bez przykrego zawodu: praca będzie daremna, a w duszy pozostanie pewne niemiłe uczucie, jak gdy kto zapędzi się do skoku, a ktoś go z tyłu przytrzyma, za czym choć wszystkie siły swoje wytężył, skutku, którego tym zapędem swoim zamierzał, osiągnąć nie może. W tym marnym takiej usilności pożytku, każdy kto zechce dobrze się przypatrzyć, pozna on maleńki brak pokory, o którym mówiłam; wysoka bowiem ta cnota tę ma przedziwną własność, że żaden czyn, któremu ona towarzyszy, nie pozostawia w duszy niesmaku.

Zdaje mi się, że wytłumaczyłam rzecz zrozumiale, choć może tylko zrozumiale dla siebie; niechaj Pan raczy doświadczeniem oświecić oczy tych, którzy to czytać będą, jakkolwiek by ono było niewielkie, przy pomocy jego zaraz zrozumieją.

6. Przez wiele lat tak było ze mną, że choć wiele czytałam książek duchowych, nic z nich nie rozumiałam; potem znowu przez długi czas, choć Bóg mi już dał zrozumienie, nie umiałam znaleźć ani słowa na wytłumaczenie tych rzeczy drugim, co niemało mię kosztowało udręczenia. Ale gdy się spodoba Boskiemu Majestatowi Jego, w jednej chwili nauczy wszystkiego w sposób taki, że mię zdumienie ogarnia. (…)

7. Raz jeszcze powtarzam, bo jest to przestroga bardzo ważna, nie wspinajmy się na wysokości duchowe, jeśli Pan sam nas nie podnosi; a gdy On podnosi, zaraz da się poznać. Dla kobiet zwłaszcza takie zrywanie się jest rzeczą niebezpieczną, bo łatwo szatan może im podsunąć jakie ułudy swoje. Wszakże mam to za rzecz najpewniejszą, że nie dopuści Pan złemu duchowi szkodzić takiej duszy, która w duchu pokory usiłuje zbliżyć się do Niego; przeciwnie, czym szatan chciał podejść ją i zgubić, z tego ona większy zysk i korzyść odniesie.

(…)

Chce Bóg, według swojej łaskawości, by dusza ta zrozumiała, iż swoją boską obecnością jest już blisko przy niej, że nie ma potrzeby już słać do Niego posłów, ale sama z Nim może rozmawiać, ani do tej rozmowy nie potrzebuje podnosić głosu, bo On jest tak blisko, że przez samo poruszeniem ust słyszy ją i rozumie.

6. Mowa ta może się wydać dziwną, bo wiemy przecież, że Bóg zawsze nas słyszy i zawsze jest z nami. – Tak jest bez wątpienia, ale tu Boski Pan i nasz Król chce, byśmy sami to zrozumieli, że On nas rozumie, i jaki skutek sprawia Jego boska obecność. W szczególny sposób zaczyna działać w tej duszy przez to niewypowiedziane zadowolenie wewnętrzne i zewnętrzne, jakiego jej użycza, dając jej tym samym, jak mówiłam, zrozumienie ogromnej różnicy, jaka zachodzi między tą rozkoszą i zadowoleniem a rozkoszami i pociechami tego świata. Tym sposobem Pan zapełnia próżnię, którą przez grzech uczyniliśmy w swojej duszy. Dusza zanurza się jakby w samej głębi tego zadowolenia, a nie wie skąd i jaką drogą ono przyszło, nieraz i nie wie, co czynić i o co prosić. Zdaje się jej, że wszystko znalazła, czego pragnąć mogła, a nie wie, co znalazła. Ja też sama nie wiem, jak to wytłumaczyć.”

Źródło: http://www.voxdomini.com.pl/duch/mistyka/tw/ks-z/ks-z-04.htm

A na koniec moja własna przeróbka Hymnu o Miłości z 13-tego rozdziału Listu do Koryntian…

„Gdybym mówił językami starożytnych Rzymian i Greków, a także brał udział jedynie w najpiękniejszej i najbardziej wzniosłej liturgii, a Miłości bym nie miał, stałbym się jak pięknie zdobiona rama, do której nigdy nie wstawiono obrazu. Gdybym też miał ogromną znajomość Pisma Świętego i znał wszystkie encykliki papieskie oraz dzieła wielkich teologów, i posiadał wszelką wiedzę na tematy doktrynalne, a Miłości bym nie miał, byłbym niczym. Także gdybym zdobył siłę i władzę, dzięki którym panujące prawo znów opierałoby się na Bożych Przykazaniach, a Miłości bym nie miał, nie realizowałbym Bożego zamysłu wobec mojej osoby. Gdybym również zebrał tysiące zwolenników, którzy z wypiekami na twarzy śledziliby moje błyskotliwe wypowiedzi krytykujące wszystkich, którzy według mnie błądzą i urągają Bogu, a Miłości bym nie miał, byłbym ślepym przewodnikiem ślepców. I gdybym poświęcił na walkę ideową cały mój czas, a ciało wystawił na publiczne znienawidzenie podczas ulicznego demonstrowania o słuszną sprawę, lecz Miłości bym nie miał, nic bym nie zyskał.

Miłość ukryta jest, dla wielu niedostępna i niezrozumiała jest. Miłość nie narzuca się, nie szuka zwycięstwa za wszelką cenę w dyskusji, nie zakłada ignorancji inaczej myślących; nie dopuszcza się śmieszkizmu, nie używa wulgaryzmów, jest pełna empatii względem bliźniego; nie cieszy się na butthurt gimboateistów i klęskę posoborowia, lecz współweseli się z wierzącą młodzieżą. Wszystkich kocha, wszystkim wybacza, we wszystkich widzi Boże dzieci, wszystkich chce przyciągnąć do Chrystusa. Miłość nigdy nie ustaje, nie jest jak style epok kulturowych, które się skończą, albo jak język liturgiczny, który można zmienić, lub jak zwycięstwa polityczne, których zabraknie.

Po części bowiem tylko poznajemy rozumem, po części wyczytujemy w dokumentach. Gdy zaś przyjdzie to, co jest doskonałe, zniknie to, co jest tylko częściowe. Gdy byłem dzieckiem, mówiłem jak dziecko, czułem jak dziecko, myślałem jak dziecko. Kiedy zaś stałem się mężczyzną, wyzbyłem się tego, co dziecięce. Będąc jedynie katolickimi prawicowcami widzimy jakby w zwierciadle, niejasno; gdy zaś przyobleczemy się w Chrystusa zobaczymy twarzą w twarz: Teraz poznajemy po części, wtedy zaś poznamy tak, jak i zostaliśmy poznani. Tak więc trwają:

1) dbałość o zewnętrzne formy religijności
2) polityczno-kulturowy konserwatyzm
3) osobista relacja z Chrystusem

Te trzy. Z nich zaś największa jest osobista relacja z Chrystusem.”

Pokój i dobro!

{Oryginał, załadowany w lutym 2017 roku, stał się z jakiegoś powodu niewidoczny dla wszystkich, poza mną, mimo ustawienia “publiczne”. Nadmienię, że po publikacji wywołał tradsowsko-duchaczową dyskusję na 473 komentarze, zebrał też 44 polubienia, 16 serduszek, 3 beki, 2 zdziwka i zero płaczków oraz wkurzeń.}

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s